sobota, 21 października 2017

10

Fran spodziewał się bardziej, że kiedy w końcu spotkają się na udeptanej ziemi, będzie to bardziej jak mecz towarzyski. albo jedno z tych spotkań emitowanych w telewizji ogólnokrajowej, w którym udział brały gwiazdy. nie miał pojęcia co Barca miałaby robić na takim meczu, ale przytomnie zachował tę uwagę dla siebie. a raczej nie miał wielkiego wyboru, ponieważ stracił czekoladki w drzwiach, kiedy Luis przyparł do niego całym ciałem, nie biorąc jeńców. powinien był z góry założyć, że Barca będzie grała nieczysto, zatem wsunął mężczyźnie język do ust, w tym czasie swoimi dłońmi anektując kolejne terytorium. mięśnie Luisa były cholernie dziełem sztuki i chciał pod niebiosa wychwalać Ernesto Valverde i jego diaboliczne treningi.
nie miał pojęcia, którą bazę zaliczyli jeszcze w korytarzu, ale miał nadzieję wygrać ten mecz. i to niebawem.
– Luis – wychrypiał.
– sypialnia, czekoladki, drzwi – odpowiedział mężczyzna, jakby zbierał całą drużynę swoich szarych komórek do ponownego uderzenia.
– niekoniecznie w tej kolejności – rzucił Fran, ponieważ akurat w najlepszym interesie jego własnego teamu było dotrzeć do innego pomieszczenia niż kuchnia.
z drugiej jednak strony Luis oszukiwał. zmuszał go do gry na przestrzeni, której nie znał. jego wyobraźnia nie miała kiedy zacząć działać, wychwytując mocne i słabe strony mieszkania. seks na kuchennej ladzie mógłby się okazać mało wygodny, ale z drugiej strony znajdował się niedaleko, więc może nie musieliby się przegrupowywać.
na szczęście Luis był cudownym biegaczem i zdążył opanować sytuację z otwartymi drzwiami zanim Fran na dobre złapał oddech. pieprzeni Katalończycy byli o wiele za szybcy, ale na pewno nie zamierzał tego przyznać przy jednym z nich. zatem przyssał się dłońmi do jedynej rzeczy, na którą zwracał uwagę, kiedy widział jednego z członków tej cudownej drużyny i zacisnął dłonie na brzuchu Luisa.
Suárez prychnął.
– powiedziałem ci co jest dobrego w zawodnikach Barcy, ale ty nigdy nie powiedziałeś co jest dobrego w Atletico – przypomniał sobie.
– podoba mi się jak polerujecie swoje piłki – rzucił Luis.
i Fran nie wiedział dokładnie o co chodziło, ale drużyna jego szarych komórek rozpierzchła się momentalnie, zostawiając go z Barcą, która grała teraz kategorycznie nie czysto, spychając go do defensywy. Fran miał tylko nadzieję, że podążają w kierunku sypialni, gdzie mógłby zmienić taktykę gry i pozwolić przeciwnikowi przyszpilić się do miękkiej pościeli. chciał sprawdzić czy te pieprzone mięśnie będą zaciskać się z przyjemności.

o wiele za szybko pierwsza część spotkania zakończyła się. i chyba następowała wymiana koszulek, chociaż nigdy w życiu nie zamierzał tknąć stroju drużynowego Barcy. Luis zresztą nie podawał mu swoich ubrań. skupił się bardziej na rozrzucaniu ich wokół. i może to też były zawody, ponieważ robił to w tempie błyskawicznym. Fran nie pozostał wiele w tyle i kiedy zwarli się ponownie dysproporcja w ich umięśnieniu nie stanowiła problemu. był w końcu podstępny i sarkastyczny, więc obwinął dłoń wokół penisa Luisa, poruszając ręką kilka razy, aż mężczyzna wzdychał w jego szyję. i Fran popchnął go na łóżko, ponieważ Katalończyk rozłożony na łopatki to piłkarz idealny.
– zdajesz sobie sprawę, że cały czas do siebie mówisz? – spytał Luis całkiem poważnie z rękoma ułożonymi pod głową i z tym idiotycznym uśmieszkiem na twarzy.
– uhm, to dlatego przestaliśmy się całować? – zdziwił się.
– yhym. i mam dla ciebie wiadomość. nie ważne kto wygra teraz, proponuje rewanż – rzucił Suárez, ocierając w jego stronę swój interes nieprzypadkowo, kiedy zmniejszał dystans między nimi. – tylko tym razem po tym spotkaniu, pamiętaj jak wygląda moja twarz – dodał ochryple.
– jasne – powiedział półprzytomnie Fran.
niehonorowo było atakować nieprzygotowanego, ale przeciwnik ewidentnie na to liczył. i Fran sekundę później leżał na plecach z większym ciałem przyszpilającym go do łóżka, nie mogąc wykonać najmniejszego ruchu. i dobrze. chodziło przecież tylko o mięśnie Luisa Suárez, które były jedyną pozytywną rzeczą na temat Barcy. nie zwlekał zatem, ponieważ chwile wahania sprawiały, że całe cesarstwa upadały, a co gorsza Barca wygrywała Ligę Mistrzów. do tego nie powinno się nigdy więcej dopuścić. pokazał więc Luisowi, że jest nie najgorszy w stałych fragmentach gry, ponieważ to przecież był fundament dobrego meczu. i Suárez najwyraźniej doceniał, bo jego twarz schowana była w jego szyi przegryzając i liżąc ją na przemian z palcami w jego dziurce, które rozciągały go z sadystyczną powolnością. ze swojego gardła słyszał te małe dźwięki potwierdzające wyższość Atletico, które miały zapaść Suárezowi głęboko w pamięć. i kiedy w końcu zdecydował się, że należy podbić i zakończyć bawienie się z przeciwnikiem, miał wrażenie, że jednak nie rozplanował zbyt dobrze własnych sił. penis Luisa już wbijał rytm jakby już go pieprzył, a jego dziurka zaciskała się na pieprzonym powietrzu.
– prezerwatywa. – wyjęczał z głową odchyloną do tyłu. był tak wrażliwy, że samo patrzenie na Suáreza zakładającego ją była w stanie doprowadzić do na szczyt. jego tyłek jakby bez własnej woli uniósł się lekko w górę, przyjmując każdy centymetr cholernego Suáreza.
wola walki w nim nie osłabła jednak. to do jasnej cholery była tylko Barca i nie powinien zachowywać się tak, jakby robił to pierwszy raz.
Fran musiał to robić specjalnie, bo Luis rozciągał go jeszcze kilka minut temu i wszystko było jedwabiście gładkie, i na pewno niezaciskające się tak podstępnie.
– Fran – jęknął.
– rusz się – zażądał Fran i ruszył biodrami. – trenerzy przeciwników, ah... rzadko udzielają wskazówek swoim wrogom. – wysapał na co Luis wbił się w niego jeszcze mocniej.
może to jednak nie była do końca tak dobra rada, bo wszystko spięło się w nim na takie wtargnięcie, więc w ramach zemsty ugryzł Luisa w ramię i zacisnął swoje mięśnie na nim tylko bardziej i zaczął się ruszać na jego fiucie. i Luis nie był do końca pewien kto kogo pieprzy. nie wiedział nawet o jakiej bazie mówili, ale może Fran miał przewagę, bo znajdowali się na jego stadionie domowym. gra na terenie przeciwnika zawsze była trudniejsza.
zebrał się w sobie, przegrupowując siły i zmienił nawet zawodników, decydując, że należy się wyprostować i wbić ponownie ze wszystkim co miał, aby rozproszyć przeciwnika. i Fran wydał z siebie podejrzany odgłos sztywniejąc i oddając mu kompletnie prowadzenie. Luis zatem nadał nowe tempo rozgrywce, nie zamierzając odpuścić. tłum jednak skandował, a raczej jeden powalony na kolana przeciwnik, który nagle stał się jego ogromnym fanem. i Luis totalnie rozumiał jak to było zmieniać strony, bo nie widział nic bardziej cudownego niż Fran i jego tyłek.
Fran podejrzewał, że wygrana Atletico w Champions Ligue nie przyćmiłaby jego orgazmu, który zostawił go zszokowanego, spoconego i nadal z otwartymi ustami.
drużyna Barcy zaskakująco ten jeden raz zgadzała się z jego poglądami na tę wyczerpującą rozgrywkę i najwyraźniej mieli spocząć ramię w ramię na murawie, dysząc niemożliwie głośno.
prezerwatywa kleiła się do niego, ale nie była na pewno gorsza niż mokra plama, którą Fran zostawił na swoim brzuchu. mieli się do tego przykleić jeszcze tej samej nocy – czuł to wyraźnie.
– krótka przerwa i rewanż? – spytał Luis.
– podoba mi się ta propozycja. idę spać, ale w razie czego skontaktuj się z moim agentem – powiedział.
Luis zaczął się śmiać tak cudownie głośno. i kiedy Fran zasypiał, ten jeden raz nie bał się, że obudzi się z ramieniem porysowanym pisakiem.

wtorek, 19 września 2017

9

Mateo wstał rano i dopiero w łazienkowym lustrze zauważył ślady po pisaku na ramieniu. co gorsza tym razem nie spłynęło na niego żadne żenujące wspomnienie. nie był pewien czy tak do końca jest z tego zadowolony. miał całkiem słuszne podejrzenia, że odbył kolejną z dziwnych rozmów, o których chciałby zapomnieć. teraz jednak, kiedy w jego głowie ziała pustka, miał wrażenie, że jego spacer z powrotem z łazienki do łóżka był pełen wstydu i niepewności. i naprawdę nie chciał przeprowadzać tej rozmowy.
– Mateo? co zrobiłeś? – spytał Daniel na widok jego miny.
– nie wiesz może czy rozmawiałem w nocy z Luisem? pewnie nie zdarzyło się, że słyszałbyś cokolwiek? – zaczął nie kryjąc nawet nadziei.
Hernandez spojrzał na niego z szeroko otwartymi oczami, a potem zerknął na jego pomalowaną rękę.
– może zacząłeś pisać po sobie z przyzwyczajenia – rzucił Daniel niepewnie.
i pewnie próbował go pocieszać. Mateo jednak z westchnieniem sięgnął po telefon, trochę zaskoczony, kiedy zdał sobie sprawę, że Luis do niego dzwonił. mało tego – najwyraźniej połączenie wyszło od niego.
– cholera – jęknął.
– chyba nie oświadczyłeś się znowu Mechi? – spytał Daniel – wiesz, że tego nie lubi. szczególnie odkąd znasz swój status.
jego telefon zawibrował w dłoniach, zanim zdążył cokolwiek wyjaśnić. i odebrał, ponieważ i tak nie miał innego wyjścia.
– cześć tatku, co tam u ciebie? – spytał pozornie radosnym tonem, na który i tak by się nikt nie nabrał.
– dlaczego nie powiedziałeś mi, że umawiasz się z Luisem Suárez?! – zagrzmiał jego ojciec.
Daniel instynktownie wyprostował się na swoim łóżku.
– bo jest z Barcy – jęknął Joey.
i to nie było żadne wytłumaczenie, i jednocześnie jedyne, na które było go stać.










nie zajęło mu długo zrozumienie, że w chwili, w której jego ojciec spotka Luisa, jego świat się skończy. nie wiedział jakie będą rozmiary tej katastrofy, ale podejrzewał, że jego ojciec może chcieć adoptować Suáreza, a to doprowadziłoby do tego, że nie mogliby ze sobą sypiać. nawet jeśli tylko na papierze byliby braćmi i nie łączyłoby ich wspólne DNA. poza tym Luis Martinez brzmiało idiotycznie.
– twój ojciec nie adoptuje Luisa – westchnął Daniel.
– nie możesz być tego pewien – odparł, ponieważ w jego umyśle to miało sens. – na pewno jednak będzie go lubił bardziej ode mnie – dodał.
Daniel tym razem nie zaprzeczył, tracąc tym samym wszystkie przywileje związane z ich przyjaźnią, jak tytuł na facebooku i ‘jedynka’ w podręcznym wybieraniu na komórce. Mateo zamierzał załatwić to jeszcze dzisiaj. musiał jednak zaplanować kolejne działania, wyprzedzając fakty. należało się zabezpieczyć na każdą ewentualność i upewnić się, że adopcja dorosłych nie była legalna w ich kraju.
to byłoby okropne, gdyby nagle stali się braćmi. w rodzinie Martinez zamiast cudownej demokracji, która zapewniała im ciągłą wojnę, zapanowałaby Barca. nie mógł do tego dopuścić.
– zacznę kibicować Atletico, jeśli cię to uspokoi – rzucił Daniel, awansując z powrotem na jego brata.
– kocham cię – powiedział całkiem szczerze, a potem zerknął na swoje porysowane ramię.
podobno twierdził, że Luis kazał zapisywać mu wszystko pisakiem, żeby nie zapomniał. a jego ojciec próbował go powstrzymać, ale przestał, kiedy usłyszał o jakiego Luisa chodziło.
– wiesz jak zmazać to ze skóry bez naruszania naskórka? – spytał Hernandeza. – mam wrażenie, że jak jeszcze raz w tygodniu użyję pumeksu na mojej ręce to dokopię się do żył – rzucił.
Daniel westchnął przeciągle.









– musimy jutro uprawiać seks – powiedział całkiem wyraźnie do słuchawki.
– mnie też miło cię słyszeć, Mateo – odparł Luis, a potem zaczął się śmiać.
może faktycznie źle zaczął ich rozmowę, ale to chodziło mu po głowie przez cały dzień. i chociaż Daniel uważał go za wariata, nie miał pojęcia jak bardzo jego ojciec kochał Barcę.
– nie chcę, żebyś był moim adoptowanym bratem – jęknął.
i tym razem w słuchawce zapadła cisza.
– hm? – wyrwało się Luisowi.
– mój ojciec wie o tobie. nie mam pojęcia dlaczego dzwonicie do mnie wtedy, kiedy śpię. Daniel wytarł mi w ramieniu pięciocentymetrową dziurę i nawet nie mogłem przeczytać co tam nabazgrałem – poskarżył się.
– chcę coś słodkiego – rzucił Luis.
– co? – zdziwił się. – o co ci chodzi?
– myślałem, że znowu robimy to coś w stylu zaczynania w połowie – wyjaśnił Suárez.
– huh – wyrwało mu się. – jak przyniosę ci czekoladki, to oznacza seks?
– dlaczego miałbym nagle zostać twoim adoptowanym bratem? – spytał w zamian Luis.
– właśnie nie możesz do tego dopuścić. sprawdziłem i w Hiszpanii nie wolno adoptować dorosłych, jeśli się nie zgadzają. odmawiam seksu, jeśli będziesz nosił nazwisko Martinez – poinformował go Joey.
– nie pozwolę się adoptować twojemu ojcu. a jak chciałby zmienić moje imię? – prychnął Luis. – po moim trupie będę nosił to dziwne coś, co mój słownik cały czas poprawia. chryste, twój ojciec zmieniłby mi imię? – spytał Luis i tym razem brzmiał na przerażonego.
Mateo nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.
– moment, a nie byłby zadowolony, gdybym oddał mu An María? – zastanowił się Luis.
– dobrze kombinujesz, młody Padawanie – rzucił Mateo. – na pewno jest wiele żenujących imion z Europy Wschodniej, które są skrytym marzeniem mojego ojca.
Luis zaśmiał się cicho.
– jak trzyma się Daniel? – spytał mężczyzna.
– chichocze jak mała dziewczynka od kilku minut – przyznał szczerze, spoglądając na przyjaciela, który wydawał się teraz czerwienić jak nastolatka.
chociaż nie. Mateo znał ogromną ilość omeg i dziewcząt, które nie chichotałyby na dźwięk głosu Luisa. Daniel nie mieściłby się w skali.
– jest nabór do grupy dopingującej zawodników w przerwach – poinformował go Suárez.
– Daniel nie jest już waszym fanem. Przechodzi na stronę Atletico – odparł z pewną dozą dumy w głosie.
– wcale, że nie! – krzyknął Hernandez, próbując mu nagle wyrwać słuchawkę. – jeśli nie dasz się adoptować, zostaję z wami! – dodał jeszcze głośniej, więc zapewne całe ich piętro już wiedziało.
śmiech Luisa rozbrzmiał w telefonie i mógł sobie wyobrazić jego królicze zęby wychodzące na światło dzienne. może miał głupkowaty wyraz twarzy, bo Hernandez przewrócił oczami, jakby sam nie zrobił z siebie idioty jeszcze kilka minut wcześniej. a Mateo musiał tygodniami znosić Daniela próbującego za pomocą wierszy wyrazić swoje oczarowanie osobą Filipe. istniała ograniczona ilość rymów, które mogła przeżyć ich przyjaźń. otarli się prawie o interwencję.
pomógł na szczęście sam Filipe, który spytał Daniela wprost pewnego dnia dlaczego go tak nienawidzi i podsyła mu same groźby.
– widzimy się jutro? – upewnił się Luis.
– tak. wezmę czekoladki – odparł.
Luis prychnął, ale nie protestował.
Daniel spojrzał na niego, unosząc brew w górę, jakby chciał powiedzieć, że nie tak powinien zakończyć tę rozmowę.
– no co? Barca ma jakieś zawołanie? – spytał i skrzywił się. – nie chcę nawet wiedzieć. do boju Atletico! – krzyknął i oberwał poduszką prosto w głowę.

piątek, 25 sierpnia 2017

8

Daniel nie potrafił wybaczyć mu ogromnego guza na środku czoła Luisa. i to naprawdę nie była jego wina. bolało go wręcz, że posiadał dokładnie takiego samego siniaka, a facet, którego uważał za swojego brata, bardziej martwił się o fizyczną kondycję Katalończyka. i jeśli Luis jeszcze kiedykolwiek spyta skąd brała się niechęć do tej drużyny, zamierzał dodać, że rozbijała perfekcyjne rodziny takie jak jego własna.
– to był wypadek – jęknął, ponieważ Hernandez patrzył na niego ze zgrozą. – chyba nie sądzisz, że walnąłem go kijem baseballowym, żeby go wykluczyć z gry w tym sezonie.
wzrok Hernandeza stwardniał. i może nie powinien był wspominać o kijach, skoro Mateo miał całą kolekcją w domu i nawet pożyczył jeden tacie Daniela, aby czuł się bezpiecznie mieszkając sam. mógł do tego dołączyć również krótki instruktaż, dodając w co najlepiej celować. i w jego głowie pojawiła się nagle wizja jego samego, próbującego trafić kijem w głowę Luisa.
– to naprawdę był wypadek – powiedział uparcie.
– jasne – prychnął Dan.
– nasikałem na wasz stadion – dodał jeszcze.
oczy Hernandeza zrobiły się wielkie jak spodki, a potem rzucił w niego swoją przepoconą koszulką, co było po prostu mocno niehigieniczne. konwencja Genewska chyba zabraniała użycia broni biologicznej w walce, ale Daniel nie interesowały prawa człowieka ani tym bardziej międzynarodowe regulacje.
– nie zrobiłbyś tego! – krzyknął Dan.
– zrobiłbym – odparł i przewrócił oczami. – ale Luis mi nie pozwolił – przyznał.
Hernandez wyglądał, jakby mu ulżyło.











Luis czekał na niego przed wyjściem z uczelni. znowu miał zaciągniętą na twarz czapeczkę z daszkiem, która zapewne miała gwarantować mu nierozpoznawalność. przynajmniej w dłoniach nie trzymał kwiatów. każdy kto zajrzał do ich pokoju przez ostatnie cztery dni, pytał od kogo je dostali. i Mateo kończyła się już amunicja słowna.
Daniel nazywał go laską, dopóki nie zostało mu przypomniane, że w pewnym sensie nią jest.
– nie masz dla mnie tym razem kwiatów? – spytał i tylko w połowie był to żart.
pierwszy raz dostał coś podobnego. i kwiaty były po prostu miłe. nawet jeśli Daniel z niego kpił, a Filipe miał niemal przyklejony do twarzy uśmieszek.
kwiaty oznaczały, że Luis był dżentelmenem.
mężczyzna otworzył usta, a potem je zamknął i zrobił jakąś dziwną minę, której Joey nie potrafił rozgryźć. i jeszcze kilka dni temu przysięgałby, że Luis ma tylko kilka wyrazów twarzy, a główną ekspresyjną robotę wykonywały brwi. one jednak podejrzanie pozostały nieruchome, więc może o tej porze dnia po prostu spały.
– o Boże, masz dla mnie kwiaty, prawda? – spytał, odgadując w lot skąd ta przedłużająca się cisza.
– Paola stwierdziła, że skoro pierwsze ci się spodobały… – westchnął Luis. – schowałem je do bagażnika, ale jeśli je chcesz… – urwał sugestywnie.
– wiesz, mógłbyś w końcu sam jakieś kupić – rzucił, nie mogąc się powstrzymać.
Luis uśmiechnął się do niego szeroko i trochę wrednie.
– a co? masz wrażenie, jakbyś umawiał się z moją siostrą? – zakpił Suárez.
– a pozwoliłaby mi nasikać na wasz stadion? – zainteresował się.
– przywiązałaby cię do masztu i wymalowała na twoim nagim ciele mój numer w kolorach drużyny – odparł Luis bez chwili wahania.
Mateo wydął usta.
– to sporo agresji jak na kogoś, kto cały czas kupuje dla mnie kwiaty – stwierdził. – ale już ją lubię. podsunę to chłopakom z Atletico. gracie u nas teraz. już widzę ten szpaler kibiców Barcy wokół naszego stadionu. to będzie piękny widok – rozmarzył się.
– naprawdę nie mam pojęcia czy teraz żartujesz – odparł Luis, patrząc na niego z lekkim przerażeniem.









ich druga randka przebiegła bez incydentów. w zasadzie trzymali swoje długie kończyny przy sobie, ponieważ Luis utrzymywał, że wywrócili się poprzednio przez Mateo, a nie jego krzywe nogi. nie wierzył mu ani przez sekundę, ale ponieważ Daniel groził mu uszkodzeniami ciała, starał się jak mógł uruchomić swoją delikatną stronę, co wcale nie było łatwe, kiedy na drodze do jego szczęścia stał drążek zmiany biegów w Camaro.
– kto wymyślił całowanie w samochodzie? – spytał, odrywając się od Luisa tylko na krótką chwilę.
– ty – odparł Suárez.
– dlaczego mnie posłuchałeś? – jęknął niemal od razu. – mam fatalne pomysły.
– chciałeś się całować. to był doskonały pomysł – odparł Luis. – nie doceniasz się.
– może potrzebujesz większego samochodu – stwierdził Mateo.
– albo moglibyśmy jak normalni ludzie dokończyć spacer w parku i nie przekradać się do mojego samochodu, żeby dojść do drugiej bazy – rzucił Luis.
– masz jeszcze gorsze pomysły ode mnie – prychnął Joey. – poza tym myślałem, że...  a czekaj… mówisz o dochodzeniu jako o dochodzeniu czy dochodzeniu, bo nie zauważyłem, żebyś…. – zaczął, ale Luis wsunął mu język do ust.
tak nie zakneblował go jeszcze nikt, ale może dlatego okazało się to tak skuteczne. gdyby jeszcze pieprzony drążek nie próbował przebić jego żeber, byłby w raju. może faktycznie powinni byli zostać przy spacerze. trzymali się za ręce. to też było miłe. Mateo jednak jakoś od ‘miłe’ przeszedł w tryb ‘chcę cię teraz we mnie’ i nie powinien mu się nikt dziwić. Luis faktycznie miał dla niego kwiaty. zabrał go na spacer do parku, a potem trzymali się za ręce. jeśli to miało tak wyglądać, Mateo nie zamierzał nawet protestować, gdyby ktoś nazwał go dziewczyną. mógłby nawet założyć kieckę, jeśli Suárez kręciło takie coś. może następnym razem czekały na niego czekoladki.
Luis cmoknął go delikatnie w usta, kończąc o wiele bardziej żarliwy pocałunek. i Mateo nie pamiętał w zasadzie o czym rozmawiali wcześniej.
– mógłbyś zacząć jeździć automatem – rzucił, ponieważ wtedy kwestia drążka zostałaby rozwiązana.
Luis prychnął, wyrażając swoje zdanie kompletnie i doskonale. Mateo nie miał nawet pojęcia jakim cudem wczytywał się w te wszystkie gesty, ale wydawały się tak oczywiste, kiedy poznał mężczyznę bliżej. i ten cholerny śmiech, który zawsze przychodził, niemal łamał mu serce za każdym razem.
– wiesz, co moglibyśmy zrobić, gdyby ten drążek nas nie rozdzielał? – spytał Mateo retorycznie.
Suárez przełknął ciężej, zerkając na jego usta i klatkę piersiową. najwyraźniej miał swoje wyobrażenia i Mateo z chęcią spotkałby się z nimi, gdyby aktualnie nie próbowano połamać mu żeber. postanowił być jednak bohaterem i znosić to w milczeniu. względnym. i z tym nic wspólnego nie miał fakt, że Daniel był na punkcie Barcy zwariowany tak bardzo jak on czcił Atletico. a mieszkali razem, więc musieli dojść do pewnego kompromisu, który zakładał nie uszkadzanie gwiazdy drużyny, nawet jeśli zamierzał wyczyniać z nim zbereźne rzeczy, o których Hernandez nie chciał słuchać.
– może faktycznie automatyczna skrzynia biegów nie jest najgorszym wyjściem – stwierdził Luis, kiedy jego argumenty dotarły do niego w końcu.
– ale jak będziesz zmieniał samochód, vany są ostatnio w modzie – podpowiedział Mateo, ponieważ im więcej miejsca tym lepiej.
Luis przewrócił oczami.
– zdajesz sobie sprawę, że mam w domu całkiem przyjemne łóżko, no nie? – spytał Suárez.
– gdzie twoja żądza przygody? – zakpił Mateo, chociaż tekst o łóżku naprawdę do niego przemawiał.
gdyby jeszcze było dostępne pod ręką, kiedy wracali z tego cholernego spaceru.
– gdybym chciał przygód, powiedziałbym Paoli, że chciałeś nasikać na nasz stadion – odparł Luis.

czwartek, 13 lipca 2017

7

nie wiedział nawet kiedy zrobiło się tak późno, ale mógł przysiąc, że w jednej chwili obgadywali siostry Luisa, a w drugiej Suárez spoglądał na zegarek z niedowierzaniem. ktoś wyszedł z szatni parokrotnie, ale nie kazał im się zbierać, złorzecząc. Mateo nie był pewien kto pilnował stadionu, kiedy nie rozgrywano meczy, ale przecież każdy budynek miał swojego woźnego.
– czyli to ostatnia chwila, kiedy mogę nasikać na murawę? – upewnił się.
Luis objął go ramieniem tak mocno, że nie miał wątpliwości, że nie udałoby mu się wyrwać.
– tylko żartowałem – prychnął Joey. – poza tym Daniel twierdzi, że na pierwszych randkach powinno się robić dobre wrażenie.
– czyli sikanie na naszą murawę zostawiasz sobie na kiedy dokładnie? – spytał podejrzliwie Suárez.
– na piątą rocznicę ślubu – odparł, nie tracąc nawet chwili i Luis roześmiał się dźwięcznie.
może był odrobinę zakochany, ale nie zamierzał się do tego przyznawać. i to wspomnienie o ślubie niekoniecznie było żartem. jego jajniki zaciskały się ilekroć Luis wydawał z siebie ten niebiański dźwięk. facet kategorycznie powinien częściej się śmiać i zamierzał nad tym pracować. i częściej grozić obsikaniem własności Barcy, skoro to oznaczało, że będzie przytulany i obejmowany.




nie kopał piłką długo, ale zdążyli się zgrzać. i normalnie, kiedy Daniel wracał po treningu, śmierdział niemożliwie, ale Luis pachniał po prostu ciepłem. i Mateo nie był pewien czy to woda kolońska, ale najchętniej zbadałby tę woń bliżej. wciskanie jednak nosa w cudzy policzek czy kark wydawało mu się jednak nadal zbyt daleko posuniętym działaniem. musiał zostawić sobie coś na później.
Luis spoglądał na niego tymi swoimi o wiele zbyt ładnymi oczami. i ta sytuacja nagle przestała mu się wydawać realna.
– naprawdę mam nadzieję, że nie jestem w śpiączce – powiedział.
Suárez zamrugał, jakby nie nadążał za nim. a potem wzrok mężczyzny padł na jego usta. Mateo nie był pewien dlaczego w ogóle jeszcze się na siebie gapią.
– będziemy się teraz całować? – upewnił się.
i Luis zaczął się śmiać w głos.
– nie, poważnie. nie wiem jaki tutaj jest protokół. kto całuje kogo?  Luis, no poważnie – jęknął, a potem po prostu stanął na palcach – bo ten pieprzony Katalończyk był zbyt wysoki – i złączył ich usta razem, ponieważ Suárez prawie że dostał czkawki od śmiechu.
przez chwilę nic się nie działo i pewnie powinien był zamknąć oczy. Luis jednak uśmiechał się do niego nawet nimi, jeśli to miało jakiś sens. i Mateo zamrugał, a potem rozchylił usta, dziwiąc się trochę, że to było takie łatwe i bezproblemowe. pewnie powinien był się spodziewać, że coś schrzani. nie wiedział dokładnie który z nich stracił równowagę. za bardzo był zajęty rozsuwaniem ust. poza tym ten zarost na policzkach, który czuł pod palcami był po prostu rozpraszający.
kiedy zorientował się co się dzieje, byli w zasadzie w połowie drogi na trawnik i instynktownie złapał się koszulki Luisa, lądując na mężczyźnie nie aż tak miękko jak chciałby. cholerni sportowcy jednak nie mieli zbyt wiele tłuszczu w organizmach, co pewnie doceniłby, gdyby Suárez nie miał na sobie ubrania. i gdyby aktualnie nie wywracali się jak para idiotów, którymi byli. a ponieważ świat go nienawidził oczywiście musiał trafić swoim czołem w głowę Luisa, co bolało jak jasna cholera.
– Daniel mnie zabije – jęknął, masując skórę. – uszkodziłem zawodnika Barcy.
Luis prychnął, przyciągając go do siebie bliżej.
– nic mi nie jest – poinformował go mężczyzna.
– jeszcze gorzej! mój klub mnie wyrzuci! miałem szansę uszkodzić zawodnika Barcy i się nie udało! – krzyknął z udawaną rozpaczą.
– dupek – prychnął Luis.













Mateo zerknął w stronę drzwi akademika, a potem z powrotem na Luisa, który przyglądał mu się ciekawie.
– jeśli jeszcze raz spytasz czy będziemy się całować… – zaczął Suárez i pewnie miało to brzmieć jak groźba, ale uśmiechał się do niego wystawiając na widok publiczny te królicze ząbki.
Mateo nie miał pojęcia dlaczego jeszcze tak niedawno stresował się tym spotkaniem. Luis był w tym równie fatalny jak on. i był pewien, że ten wcześniejszy upadek był winą Suáreza. to Luis w końcu przyciągał go do siebie. miał teraz sporej wielkości guza i nie miał pojęcia jak wyjaśnić zarówno obecność ran jak i kwiatów.
– masz ochotę na kawę? – spytał trochę lamersko i wyszczerzył się, nie ukrywając nawet, że to było słabe.
– tak na pierwszej randce? – prychnął Luis.
– chyba nie doceniasz akademików. mój współlokator na pewno jest już w naszym pokoju – poinformował go i był trochę zaskoczony, kiedy Luis niemal od razu wyłączył silnik samochodu, jakby on też faktycznie nie chciał jeszcze kończyć ich spotkania.
przemykali na piętro pospiesznie i Suárez cały czas trzymał głowę lekko spuszczoną, kiedy mijali kolejnych studentów. Mateo pewnie powinien był o tym pomyśleć wcześniej w jego głowie jednak Luis był z Barcy, a to się wykluczało ze sławą. kto zdrowy na umyśle chciałby autograf Barcy!
wsunęli się do pokoju bez pukania i Daniel poderwał się na równe, patrząc w szoku najpierw na kwiaty, a dopiero potem na niego. i Mateo wiedział dokładnie, kiedy wzrok Hernandeza spoczął na ich gościu, bo oczy jego przyjaciela zrobiły się komicznie wielkie.
– uhm – wyrwało się Danielowi. – Panie Suárez - powiedział.
– Daniel, to tylko Barca – prychnął.
Hernandez spojrzał na niego z mieszanką paniki i oburzenia.
– zamknij się, Martinez – syknął jego przyjaciel, jakby naprawdę miał nadzieję, że Luis stojąc dwa kroki od niego naprawdę go nie usłyszy. co gorsza Hernandez miał ten sztuczny uśmiech, który zawsze nosił na twarzy, kiedy się bardzo denerwował. – proszę na niego nie zwracać uwagi, panie Suárez. Mateo kompletnie nie zna się na sporcie. wiem, że mówił okropne rzeczy, ale on nie ma zielonego pojęcia o grze zawodników. i ma pan totalnie piękne nogi – dodał Daniel.
Luis zamrugał zaskoczony, a potem odchrząknął, jakby nie wiedział co z tą informacją zrobić. i spojrzał na Mateo, jakby szukał ratunku.
– znaczy… – zaczął Daniel, przechodząc w pełen tryb paniki. – nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało! nie są krzywe! facet wie, kiedy widzi krzywe nogi i na pewno pana nogi nie są krzywe!
– myślę, że… dziękuję? – zaryzykował Suárez. – i mam na imię Luis – dodał, wyciągając dłoń w stronę Hernandeza, który wyglądał przez chwilę tak, jakby doznał objawienia.
jego twarz rozświetlił szeroki uśmiech. Mateo nie zamierzał mu tego nigdy zapomnieć.
– to tylko Barca, na miłość boską – poinformował przyjaciela.
– zamknij się – wymruczał Hernandez pod nosem i chyba nadal udawali, że Luis tego nie słyszy. – to jest najwspanialszy dzień w moim życiu. to prawie tak, jakbym spotkał Adama Sandlera – wyjaśnił, a potem zaczerwienił się i odchrząknął. – znaczy nie, że jesteś moim Adamem pewnie Mateo, chociaż on wolałby pewnie jakiegoś z Atletico – zamotał się Daniel.– mam chłopaka, przysięgam – dodał w końcu pokonany.
Brwi Luisa znowu robiły to coś bardzo dziwnego, co Mateo chciał kiedyś nagrać na telefonie w celu przeprowadzenia głębszych badań. mogło się okazać, że były całkiem żywe i byłby pierwszym naukowcem, który odkrył życie w życiu. chociaż nie chciał dowiedzieć się, że brwi Luisa pasożytowały na nim niczym jemioła na topoli.
– długo razem mieszkacie? – zainteresował się Suárez.
– od początku studiów, ale znamy się od dzieciństwa – wyjaśnił Mateo i Luis skinął głową, jakby nie był w ogóle zaskoczony. – a co? - spytał podejrzliwie.
– wcześniej powiedziałeś, że chyba jesteś zaraźliwy – przypomniał mu Suárez. – chyba wiem o czym mówiłeś – dodał, spoglądając sugestywnie na Daniela.
– Mateo?! dlaczego on ma guza na środku czoła? - spytał nagle Hernandez.

czwartek, 22 czerwca 2017

6

Fran zastanawiał się dokładnie trzy minuty nad tym czy powiedzieć ojcu o nadciągającej randce. a potem zdał sobie sprawę, że nie chciałby przyzwoitki, śledzącej każdy jego ruch. albo co gorsza Luisa zarzucanego pytaniami o obecny sezon i treningi ‘najwspanialszej drużyny świata’. nie wątpił, że Suárez jakąś godzinę podpisywałby wszystko, co ojciec posiadał w domu, a co wiązało się bezpośrednio z Barcą. w zasadzie patrząc też z tego poziomu, to raczej on byłby przyzwoitką swojego ojca i ta wizja przerażała go równie mocno, co nadciągająca randka, bo jakoś w ciągu tych kilku dni doszło do niego, że to spotkanie nie było wcale o podłożu koleżeńskim.
nie ćwierkali niczym Daniel i Felipe.
dlatego też był dość zaskoczony, gdy dostrzegł bukiet kwiatów w dłoniach Luis'a, który nerwowo rozglądał się wokół. Fran sprawdził czas, ale był prawie punktualnie i trochę na miękkich nogach podszedł do Suáreza, który wyglądał jeszcze lepiej niż ostatnio, kiedy się widzieli. i może Fran naprawdę powinien był skupiać się podczas meczy bardziej na twarzach zawodników.
– hej – powiedział ostrożnie, zerkając na kwiaty, które Luis trzymał nadal w dłoniach. – ktoś umarł? – zainteresował się.
oczy mężczyzny zrobiły się wielkie jak spodki, a potem spojrzał na bukiet i znowu na Frana. i zaczął się śmiać, więc ostatnie kilka dni to nie był przypadek. co gorsza Luis wyglądał jeszcze cudowniej, kiedy jego twarz rozświetlała się w ten sposób. Fran wątpił, aby udało mu się przetrwać ten wieczór, jeśli mieli rozśmieszać się wzajemnie z równą częstotliwością, co poprzednio.
kwiaty zostały mu zresztą wciśnięte w ręce.
– moja siostra wrzuciła mi je do samochodu – przyznał Suárez, drapiąc się nerwowo po szyi.
– twoja siostra kupiła dla mnie kwiaty? – upewnił się.
brwi Luisa poruszyły się jakoś dziwnie. bez czapeczki, która zasłaniała twarz mężczyzny, Fran miał doskonały wgląd w jego mimikę. a te brwi wyglądały, jakby prowadziły własne życie i to dość interesujące.
– uhm – wyrwało się Luisowi. – można tak uznać – stwierdził.
– podziękuj jej – rzucił, a potem spojrzał podejrzliwie na Suáreza. – czy ja jestem zaraźliwy? – zastanowił się.
– co? – zdziwił się facet.
– przyniosłeś dla mnie kwiaty od swojej siostry, to wygląda na zagranie w moim stylu. coś co mógłbym zrobić, gdybym oczywiście miał siostrę – wyjaśnił. – Daniel jest prawie laską, ale gdybyś dostał od niego cokolwiek, miałoby bardziej czujnik GPS, dzięki któremu upewniłby się, że jesteś bezpieczny przynajmniej do następnego meczu.
Luis uśmiechnął się do niego szeroko.
– dalej sądzi, że chcesz mnie porwać? – zakpił mężczyzna.
– dostałem kwiaty od twojej siostry. jeszcze to przemyślę – odparł. – poza tym Daniel nie widzi żadnego innego powodu, dla którego miałbym się umawiać z kimś z Barcy – prychnął.
– czyli skoro jesteś tutaj dzisiaj, znaczy, że jakiś istnieje? – zainteresował się Luis.
Fran otworzył usta, a potem je zamknął, ponieważ ten błąd popełnił już kilka razy. Luis zaśmiał się jednak krótko.
– jednak mój tyłek – odgadł Suárez.
nie wydawał się jednak urażony tym lekkim uprzedmiotowieniem. Fran spojrzał mu więc prosto w oczy i uśmiechnął się lekko, ponieważ faktycznie pośladki Luisa stanowiły całkiem odrębny temat jego fantazji jeszcze zanim się poznali. odkąd jednak zobaczył twarz mężczyzny bez tej okropnej czapeczki z daszkiem, dostrzegał o wiele więcej interesujących szczegółów. na przykład brwi, które znowu poruszały się w ten dziwny sposób.
spodziewał się, że jedynie wejdą na murawę, ale Luis wyciągnął piłkę i dwie rękawice ze swojej sportowej torby. Fran odłożył kwiaty na jedno z krzesełek i zaczął podwijać rękawy koszuli, ponieważ na pewno nie zamierzał poddać się bez walki.
– zawsze chciałeś grać? – spytał ciekawie.
– chciałem studiować – odparł Luis. – stypendium sportowe – wyjaśnił krótko. – cała reszta to przypadek.
– czyli jesteś dobry przez przypadek? – prychnął Fran, nie wierząc mu ani przez chwilę. – fałszywa skromność to okropieństwo – rzucił.
– a twoja wyhiperbolizowana wrogość w stosunku do Barcy? – zakpił Luis, rzucając mu piłkę.
oddalali się od siebie z każdą chwilą.
Fran kopnął odrobinę mocniej, wydymając usta.
– nic nie jest hiperbolizowane. Barca jest fatalna! – krzyknął.
– dlatego zasugerowałeś, że jestem dobry? – spytał Luis.
– dobry jak na Barce – prychnął, bo to było całkiem oczywiste.
– mamy też lepsze tyłki – przypomniał mu Luis.
– ale krzywe nogi – rzucił i to było trochę dziecinne. – dobra. może nie jesteście aż tacy źli, ale jeśli powiesz komukolwiek, że te słowa padły z moich ust, skończę cię. mój ojciec nie może się dowiedzieć. nie chcę dostać waszej koszulki na urodziny – jęknął.
– czyli jeśli powiem, że mam dla ciebie piłkę podpisaną przez wszystkich zawodników… – zaczął Luis ostrożnie.
– następną randkę będziesz miał z moim ojcem – poinformował go Fran, ani przez chwilę nie żartując.
– naprawdę wystawiłbyś mnie? – zdziwił się Luis.
– nie, nie miałbym innego wyjścia – prychnął, przewracając oczami. – nie doceniasz siły miłości do sportu w mojej rodzinie. – urwał kiwając głową.
– może wystarczy mu, że spotykasz się z kimś z Barcy? – rzucił Luis.
Fran skrzywił się, chociaż musiał przyznać, że ta wizja zapewne mogła przemówić do wyobraźni jego rodzica.
– będzie chciał coś za mnie wynegocjować – stwierdził
Luis uśmiechnął się szeroko.


w zasadzie nie przypominał sobie, kiedy ostatnio czuł się tak dobrze w czyimś towarzystwie. może tajemnica tkwiła w tym, że powiedział Luisowi Suárez wszystko, co najgorsze mógł, więc niewiele zostało do zepsucia. Suárez zresztą wydawał się mieć swoje własne problemy w drodze komunikacji i może dlatego Daniel mówił, że facet przeważnie milczał podczas wywiadów.
gdyby nie jego powiązanie z drużyną, Fran pomyślałby, że to całkiem zwykły facet. może trochę dziwny, ale kim był Fran, aby kogokolwiek oceniać. zresztą nigdy wcześniej nie dostał kwiatów i chociaż odmawiał traktowania siebie jako laski w tym związku, totalnie doceniał sentyment. musiał tylko jeszcze jakoś przemycić ten bukiet do akademika i znaleźć dobre wyjaśnienie, żeby Daniel przestał go gnębić.
z góry spisał całą akcję na straty.
– zawsze chciałeś studiować prawo? – spytał Luis.
– mniej więcej od czasu, kiedy namówiłem Daniela podczas obozu footballowego na szukanie ciała w lesie – odparł.
– chryste – wyrwało się Luisowi.
– znaleźliśmy je – dodał. – a potem miejscowy posterunkowy znalazł nas. Daniel wrzeszczał tak głośno, że ściągnęliśmy na siebie całą ekipę poszukiwawczą.
Luis prychnął, jakby nie był wcale zaskoczony.
– nie powiesz mi, że w szkole średniej nigdy nie zrobiłeś niczego głupiego – odparł Fran.
Luis wzruszył ramionami i chociaż trzymał piłkę między nogami, tym razem nie kopnął jej od razu, przyglądając mu się w zamian z dziwną intensywnością. miał wrażenie, że nastąpiło między nimi jakieś dziwne przepięcie.
– nosiłem aparat i nie wychodziłem z biblioteki, jeśli nie musiałem – powiedział Luis i Fran miał ochotę zaśmiać się i powiedzieć mu, że nie wierzy w ani jedno słowo, ale Suárez mówił całkiem poważnie. – jestem pewien, że nikt nie ukradł mi śniadania tylko dlatego, że moja starsza siostra w zasadzie zastraszała wszystkich.
kącik ust Luisa drgnął lekko.
– ta siostra od kwiatów? – upewnił się.
– nie. siostra od kwiatów to młodsza siostra – odparł Luis. –  An María jest starsza. Paola kupiła kwiaty.
– dwie siostry – stwierdził. – musiałeś mieć przyjemne dzieciństwo – rzucił niezobowiązująco.
Luis przewrócił oczami.
– nikt nie zaczepiał mnie w szkole tylko dlatego, że An María już była wielkim wrzodem na tyłku – poinformował go kwaśno Suárez.
– nie przesadzaj, nie mogło być aż tak źle – prychnął Fran.
– nazywała mnie Luis–Bear i przekonała moją matkę, że nie ma sensu, żebym zapraszał kogokolwiek na bal, bo ona z chęcią się przejdzie – rzucił Luis. – przez całą imprezę całowała się w schowku woźnego z praktykantką od chemii.
– chryste – wyrwało się Franowi, a potem zaczął się śmiać.
– jestem niemal pewny, że mnie obie tutaj śledziły, więc lepiej, żebyś się zachowywał – ostrzegł go lojalnie Luis.

czwartek, 8 czerwca 2017

5

Fran obudził się rano ze świadomością, że stało się coś bardzo złego. przede wszystkim jego ręka była popisana flamastrem, a telefon przylegał ściśle do jego policzka. był pewien, że część klawiszy odcisnęła się na jego skórze. Daniel przyglądał mu się podejrzliwie z drugiego łóżka, jakby doskonale wyczuwał, że coś jest grane. może ta dojmująca cisza go upewniała w swoim przeświadczeniu Fran nie zamierzał zaprzeczać. ślady na jego skórze po mazaku były dostatecznym dowodem.
– koleś nie! – jęknął Daniel, jakby jego snem zasnuty umysł nareszcie poskładał wszystkie fakty.
dowody w końcu świadczyły przeciwko niemu.
Daniel rzucił w niego poduszką, ale nie zamierzał się za bardzo nawet uchylać. przynajmniej zaczynał odzyskiwać część swojej pościeli. a może i przyszłą amunicję. skoro przeciwnik popełniał błędy – należało mu na to pozwolić w ciszy.
– to twoja wina! – odkrzyknął. – cały czas mówiłeś, że go porwę albo uszkodzę przed meczem!
Daniel zakrył swoją twarz dłońmi, jakby to miało mu jakoś pomóc z pogodzeniem się z rzeczywistością. a może się ukrywał przed światem. Fran nie był pewien o tej porze dnia. tak czy siak – sposób nie był zbyt skuteczny.
– Fran – jęknął ponownie jego przyjaciel.
najwyraźniej mieli porozumiewać się w ten sposób, dopóki któryś z nich nie wstanie z łóżka, aby zmierzyć się z faktami. Fran faktycznie nie miał dobrej passy przez ostatnie dni, ale to nie była do końca tylko jego wina.
– poprosił mnie, żebym wysłał mu swoje zdjęcie – rzucił w ramach jedynej obrony, na jaką było go stać.
– po cholerę mu twoje zdjęcie? – spytał Gomez, budząc się nagle, a potem na jego twarzy pojawił się wyraz obrzydzenia. – ale wiesz… nie jak zdjęcie twojego...? – zawahał się.
Fran z przerażeniem zdał sobie sprawę, że o tym również napomknął podczas ich nocnej rozmowy.





schował się w łazience, ponieważ to było jedyne prywatne miejsce w całym budynku. pewnie biblioteka również zapewniłaby mu pustkę i ciszę, ale gdyby ktokolwiek tam przyłapał go z telefonem, Marin Morell zapewne zbanowałaby go do końca semestru na korzystanie z ich księgozbioru, a na to nie mógł sobie pozwolić. poza tym nie było nikogo na kampusie kto nie bałby się stanąć z nią twarzą w twarz.
Luis odebrał od niego niemal od razu i to wydało mu się podejrzane.
– czy ty w ogóle śpisz? – spytał zamiast się przywitać.
Suárez prychnął do słuchawki. to zapewne nie był normalny początek rozmowy.
– po co ci moje zdjęcie? – zainteresował się w zamian.
– do przepustki na stadion, co przypomina mi, że nie spytałem cię jak się nazywasz – rzucił Luis.
Fran wydał z siebie długi dźwięk, który mógł być jękiem. jeśli Luis potrzebował jego danych osobowych, to rodziło pewne trudności.
– moje imię to nie ‘Fran’ – zaczął ostrożnie i powoli.
– chyba mi ulżyło. zaczynałem się zastanawiać co jest nie tak z twoimi rodzicami – odparł Luis.
– chciałbym, żeby nazwali mnie Fran, poważnie – dodał pospiesznie.
– chryste, jest aż tak źle? – zaśmiał się Luis.
– nie, w zasadzie nie. oficjalnie istnieje ponad czterdzieści milionów ludzi, którzy potrafią to wypowiedzieć poprawnie – ciągnął dalej, starając się brzmieć w miarę normalnie. – w tym problem, że mieszkają w Europie Środkowo-Wschodniej – zakończył.
i nie był zaskoczony ciszą w słuchawce. Suárez roześmiał się krótko i dźwięcznie.
– chryste – powtórzył Luis.
– nie martw się. wyślę ci je smsem, kiedy tylko przepiszę je z dowodu tożsamości, przeklinając moich przodków oraz ich przodów i przodków ich przodków – dodał. – więc jesteś katolikiem – rzucił jeszcze. – Barca i katolik. mój ojciec będzie przeszczęśliwy.
– planujesz już poznać mnie ze swoim ojcem? – zdziwił się Luis.
chociaż nie brzmiał na przerażonego.
– nie, ale na pewno mój ojciec byłby wniebowzięty, gdyby był na moim miejscu – przyznał całkiem szczerze.
– wiesz, jeśli nie chcesz spotkać się na stadionie… – zaczął niepewnie Luis.
– nie, nie – wszedł mu pospiesznie w słowo. – wolałbym Diega Costę, co jest oczywiste, ale nie jesteś Atletico i zaczynam się z tym oswajać – przyznał. – poza tym kto normalny zrezygnowałby z czegoś podobnego? – dodał, nie próbując nawet hamować swojego entuzjazmu. – nawet, jeśli mówimy o stadionie Barcelony.
– nie pozwolę ci nasikać na naszą murawę – ostrzegł do Luis.
Fran prychnął obruszony.
– nie rozbieram na pierwszej randce – odparł z pewnością w głosie.
– nawet po to, żeby nasikać na stadion Barcy? – spytał Luis, jakby akurat ten element miał zmienić jego zdanie w tej kwestii.
i może kusiło go odrobinę, ale zasady pozostawały zasadami.
– tak mnie zastanawia… - ciągnął dalej Luis. – nie poznałeś mnie… – urwał. – nie miałeś pojęcia jak wyglądam?
Fran odchrząknął.
– chryste, nie miałeś w ogóle pojęcia jak wyglądam – powtórzył Suárez kompletnie rozbawiony. – naprawdę patrzysz tylko na nasze tyłki?
– hej! Atletico grają cudownie! kogo obchodzi jak wyglądacie – próbował się bronić, ale śmiech mężczyzny po drugiej stronie linii powiedział mu, że to nie był najlepszy argument. – nie jesteś Diego Costa – dodał naburmuszony.
– bardzo cieszę się, że nie jestem Diego – odparł Luis. – ma męża – przypomniał mu.





Fran uznałby, że flirtowali, ale ich rozmowy nie trzymały się żadnych zasad. miał wrażenie, że jeszcze nikogo nie obrażał przez dwa dni z rzędu w tak podstępny sposób, ale Luisowi wydawało się to odpowiadać. możliwe, że Suárez był po prostu masochistą, czego Fran nie zamierzał mu mówić. nasikanie na stadion bowiem było dokładnie tym, co planował jeszcze kilka lat wcześniej, kiedy Barcelona odebrała Atletico tytuł Mistrzów. Daniel powstrzymał go wtedy, przyszpilając do łóżka w swoim pokoju. a miał tak doskonały plan.
teraz był jednak dorosły. nasikałby na murawę tylko, gdyby sytuacja się powtórzyła w tym sezonie i gdyby stężenie alkoholu w jego krwi byłoby zbyt wysokie. nikt nie mógłby go winić. nawet jego podświadomość nienawidziła Barcy.
z pewnym wahaniem wysłał Luisowi swoje imię i nazwisko. czekał dobrych kilka minut zanim nadeszła odpowiedź i to naprawdę nie było coś, czego się spodziewał.

naprawdę kocham swoich rodziców.

spadaj – odesłał niemal od razu.

imię, które się nosiło wcale nie zależało od miłości rodzicielskiej. chociaż on podejrzewał, że jego ojciec chciał się jednak zemścić, jakby podejrzewał, że Fran nie da mu spać przez następne pół roku po swoich narodzinach. a może to on odgrywał się za to długie coś, czego sam nigdy nie literował. totalnie wierzył, że nawet jako noworodek wiedział co jest grane.

wracam dzisiaj do Barcelony. mamy trening jutro.

odnosił wrażenie, że Luis otwierał się przed nim. a przynajmniej nie uważał go za wariata. chociaż Fran nie miał całkiem zwyczajnego poczucia humoru. mógł udawać przez te wszystkie lata, że na tym polegał jego urok, ale Luis wydawał się faktycznie zafascynowany. i nie miał pojęcia co z tym zrobić.

czy to oznacza, że przestaniesz do mnie dzwonić w środku nocy? nie wiem czy zostało jeszcze coś żenującego, co mógłbym ci powiedzieć. -- spodziewał się odpowiedzi, ale kiedy ta nie nadeszła od razu, zdał sobie sprawę, że przecież stref czasowych nie było w ogóle.

czekaj, specjalnie dzwoniłeś do mnie w środku nocy?

za pierwszym razem to był wypadek – napisał Luis.

zapłacisz mi za to – zagroził.

nie będziesz sikał na naszą murawę.

nawet się nie zorientujesz.

chryste, wezmę dla ciebie autograf Torresa po następnym meczu – Fran zamarł, trochę zaskoczony.

i nie nasikam na murawę na Ciudad Deportiva

nie zrobiłbyś tego!

chcesz ryzykować?

to było bardzo dobre pytanie. i Fran totalnie nie chciał.

niedziela, 21 maja 2017

4

Fran nie do końca wiedział jak rozumieć sytuację. przede wszystkim Luis napisał do niego jeszcze tego samego ranka, jakby obawiał się, że ich nocna rozmowa faktycznie wyleciała mu z głowy. ślady markera jednak nie były takie łatwe do zmycia i nosił je do późnego wieczora, kiedy to trzeci prysznic i ostre szorowanie pozbawiły go tego dowodu wstydu.
Suárez nie pisał wiele. przeważnie były to krótkie hasła jak komentarz na temat fatalnej pogody w Madrycie. i kilka naprawdę obraźliwych uwag na temat Atletico, czego Fran nie zamierzał mu podarować. wiedział, że to tylko słowne przepychanki, ale lojalność nakazywała bronić mu ulubionej drużyny. poza tym Luis wydawał się rozbawiony każdą jego odpowiedzią, co Fran nie zdarzyło się nigdy wcześniej.
gdyby jeszcze tydzień temu ktoś zasugerowałby mu, że doprowadzi Luisa Suárez do śmiechu, przewróciłby oczami i kazałby się tej osobie leczyć u najbliższego psychoterapeuty. Luis nie miał zbyt dobrych kontaktów z ludźmi, ponieważ nie rozumieli jego poczucia humoru oraz oddania jedynej prawdziwej drużynie Mistrzów. i może Barca miała fajniejsze tyłki i pochodzili z najlepszego miasta świata, ale to dalej nie dawało im przewagi nad najstarszym klubem w dziejach historii hiszpańskiego footballu. jakby tego było mało Fernando Torres miał w sobie naprawdę coś, co przyciągało uwagę i jeśli ktoś nie podkochiwał się w jego wiecznie nieogolonej twarzy coś było z nim po prostu nie tak.
– Fran? – dobiegło z drugiego łóżka, więc zamrugał i spojrzał na Daniela odrobinę przytomniej. – wymyślasz nowe sposoby na to jak go obrazić? – spytał jego przyjaciel i Fran powinien zastanowić się nad przyszłością tej znajomości.
Gómez ewidentnie był dupkiem. spodziewał się żartów ze strony chłopaka, ale najwyraźniej jego kumpel uważał, że zgoda na randkę z Louisem Suárez oznaczała, że Barcelona jednak była górą. jakby Fran na to kiedykolwiek pozwolił.
– och, zamknij się – jęknął, rzucając w przyjaciela poduszką.

Luis Suárez był piłkarzem FC Bracelony. to jakoś nie chciało wyjść z jego głowy. nie miał krzywych nóg. akurat w tej kwestii żartował, ale jego tyłek był dziełem sztuki w tych spodenkach, w których przeważnie wychodzili na boisko. może też dlatego, że zawsze patrzył na ich pośladki rzadko który znajomy był mu z twarzy. i tak nie polował na ich autografy, koczując bardziej pod szatnią Atletico. pewnie to była jedna z tych rzeczy, których nie powinien mówić Luisowi, więc czekał tylko na chwilę, kiedy jego gadulstwo sprowadzi na niego kolejne nieszczęście.
w połowie ich dziwna znajomość składała się ze słów, których nigdy nie powinien był powiedzieć. i paradoksalnie miał wrażenie, że to właśnie Luisa do niego przyciągnęło. co tylko oznaczało, że z Suárezem było coś tak bardzo nie tak.

dlaczego Atletico? -- wysłał Luis.

i to nie było pierwsze przypadkowe pytanie, które dostał. porozumiewali się w ten sposób od rana. Luis nie dzwonił, jakby kolejna rozmowa miała cokolwiek pogorszyć. Fran nie wyobrażał sobie większego zażenowania niż to, które poczuł tego poranka. Daniel zresztą miał mu nie dać o tym długo zapomnieć.
mógł napisać cokolwiek, ale nie miał pojęcia jak sprawa się miała z tyłkami barcelończyków. nie był też do końca przekonany czy noga Costy po kontuzji nie była lekko krzywa.

mój tata mieszkał w Madrycie – napisał,

zastanawiając się czy dodać, że spotkali się z ojcem na meczu jako fani przeciwnych drużyn i jego tata wykrzykiwał wiele wulgarnych obelg w kierunku barcy.
skądś jego amunicja w końcu musiała pochodzić.
nie wiedział jak ich rozmowa zrobiła się nagle taka osobista, ale Luis długo nie odpisywał, jakby wiedział, że za tym kryła się dłuższa historia. nie chciał wchodzić w szczegóły. to nie do końca była jego opowieść. jego ojciec zresztą opowiadał to o wiele lepiej.

Antoine Griezmann ma skoliozę i kiedy biega połowa jego ciała śmiesznie się rusza. nie widać tego w kamerach, ale na boisku można paść ze śmiechu – odpisał Luis.
i Fran pewnie nie powinien był się spodziewać niczego innego.

dupek -- wysłał jedynie, nie bawiąc się nawet w emotikony.


Daniel przyglądał mu się badawczo następnego dnia. Fran pewnie nie zwróciłby na to uwagi, gdyby nie zdumiewająca cisza, która przeważnie nie panowała w ich pokoju. gdyby nie wiedział inaczej, pomyślałby, że horror sesji powrócił i zapomniano mu o tym powiedzieć, ale paznokcie Daniela odrosły od skóry i nie wyglądały już jakby Gomez był torturowany przez koreański wywiad. nigdy nie spodziewał się, że będą się aż tak denerwowali, ale jego bezsenność była niczym w porównaniu z nerwowymi nawykami Daniela, które nagle wszystkie spadły im na głowę.
– poważnie zamierzasz się z nim spotkać? – spytał jego przyjaciel.
Fran uniósł brew.
– tak – odparł.
Daniel zbił usta w wąską kreskę.
– za dwa tygodnie grają z wami – przypomniał mu Gomez całkiem niepotrzebnie.
Fran był całkiem tego świadom. zamierzał ten dzień spędzić przed telewizorem w mieszkaniu z ojcem i z prażoną kukurydzą. w planach miał złorzeczenie i krzyki, czyli nic czego nie spodziewaliby się sąsiedzi w tak trudnym dla Gomezów dniu.
– jeśli planujesz go uszkodzić… – zaczął Daniel ostrożnie.
i do Frana dopiero teraz dotarło o czym mówił Gomez. i to było tak abstrakcyjne, że nie mógł się nie roześmiać.
– nie, nie planuję go również porwać – prychnął. – Atletico nie potrzebują podstępu, żeby wygrać.
– ostatni mecz… – zaczął Daniel.
– zamilknij się. nie chcę rozmawiać o ostatnim meczu – jęknął.
Luis oczywiście zdradził mu wynik, kiedy wychodził z baru. Fran jednak do ostatniej piłki miał nadzieje, ale okazały się płonne. Suárez zresztą musiał wiedzieć jak skończy się to spotkanie, skoro to on był głównym powodem porażki Atletico. Fran nie był jednak, aż tak zdesperowany, żeby w tak haniebny sposób pozbywać Barcelony ich zawodnika.
– ostatni mecz… – spróbował jeszcze raz Gomez.
Fran rzucił w niego poduszką, orientując się nagle, że ta poprzednia nie wróciła, więc pozostał prawie bez pościeli, a co gorsza amunicji. zawsze mógł użyć podręcznika do Prawa Karnego zamiast broni miękkiej, ale jeszcze nie przekroczyli granicy, w której należało utoczyć krwi przeciwnikowi.
– nie chcę rozmawiać o ostatnim meczu – jęknął przykrywając się kołdrą. – myślmy o przyszłości. przeszłość się nie liczy.
– jasne, ponieważ jeśli wygracie następne spotkanie wcale nie zrobisz mi z życia piekła – prychnął Daniel.
Fran nie mógł mu niczego obiecać.

kolejny telefon obudził go w środku nocy i pewnie powinien był wyłączyć swoją komórkę. Fran pochrapywał na łóżku obok, więc wymruczał coś do słuchawki, przecierając twarz.
– potrzebne mi twoje zdjęcie – rzucił dobrze znany mu głos.
jego szare komórki chyba się przepalały ponownie od braku snu.
– nie zamierzam cię porwać, obiecuję. to nie byłoby fair play. nie potrzebujemy tego, żeby wygrać. nawet z tobą na boisku Baca nie ma szans – ziewnął do słuchawki.
przez chwilę po drugiej stronie panowała dobrze znajoma mu cisza.
– to chyba miło wiedzieć. znaczy… co? – spytał Luis.
– Daniel się boi, że cię uszkodzę, żebyś nie grał w kolejnym meczu. to jest jednak niekonieczne. Atletico są w świetnej formie – wyjaśnił cierpliwie, przytulając się drugim policzkiem do swojej kołdry.
z jakiegoś powodu Luis za nim nie nadążał. a przecież to było całkiem oczywiste. Atletico byli świetni. tylko ślepi nie potrafili dostrzec zalet napastników jego drużyny. a przecież Luis grał przeciwko nim już nie raz, więc widział ich w akcji na własne oczy. i z bliska, co było jeszcze ważniejsze. skolioza Griezmanna nie miała większego znaczenia, kiedy przychodziło do gry. a nawet jeśli śmiesznie biegał, przecież to odwracało uwagę przeciwników. i Fran był wniebowzięty.
– co to ma wspólnego z twoim zdjęciem? – spytał Luis.
– jakim zdjęciem? – zainteresował się.
– tym, które mi wyślesz – rzucił Suárez.
– hmmm… – wymruczał. – wiesz, zawsze możesz przekazać moje zdjęcie policji i powiedzieć, że jak nie pojawisz się na meczu to ja będę za to odpowiedzialny – stwierdził.
Daniel pewnie zrobiłby właśnie tak.
Luis zaśmiał się do słuchawki. i Fran zaczynał się przyzwyczajać do tego dźwięku.
– czekaj – zaczął. – to nie jest jedna z tych sytuacji, gdzie prosisz mnie o nagie zdjęcie? bo wiesz, jestem synem policjanta… – ziewnął.
– wiem – wszedł mu w słowo Luis. – i obiecuje ci nic nie sypnąć do drinka.
– to miłe – stwierdził.
Luis śmiał się dalej, więc Fran naciągnął na siebie mocniej kołdrę. Daniel nie oddał mu poduszek. i pewnie powinien był przemyśleć sprawę z rzucaniem nimi. Gómez w końcu był dupkiem.
– wyślij mi jutro zdjęcie – powiedział nagle Luis.
– okej – zgodził się, ponieważ nie widział powodu do sprzeciwu.
– chcesz to zapisać? – zainteresował się Suárez.
– yhym – ziewnął, sięgając na ślepo w stronę szafki.
Luis prychnął, co było całkiem czymś nowym. zaczynał tęsknić za tym śmiechem.
– dobranoc Fran – powiedział Suárez, kiedy zapadła między nimi dziwna cisza.
– yhym – zgodził się, nakrywając kołdrą.

wtorek, 9 maja 2017

3

Fran obudził się tak wcześnie rano, że prawie sądził, że to jeszcze noc. jego telefon wibrował tuż obok jego ucha, na nocnej szafce, trącając sobą w szklankę. pewnie nie powinien był zostawiać nic do picia na noc albo chociaż wyłączyć telefon.
odebrał bez otwierania oczu i wydał z siebie długi jęk.
– obyś był w pierdlu, Perez. i na pewno cię z niego nie wyciągnę – warknął do słuchawki, w której zaległa podejrzana cisza.
wydał z siebie kolejny niezadowolony pomruk, bo Daniel chyba chciał się z nim bawić w ciuciubabkę. albo zdał sobie sprawę, że budzenie go o tej porze było równe z podpisaniem na siebie wyroku śmierci. właśnie miał o tym poinformować tego dupka, gdy w słuchawce usłyszał głośne chrząknięcie.
– Fran? – spytał ktoś.
podniósł się na łóżku i zamarł, kiedy po drugiej stronie pokoju dostrzegł znajomy kształt przyjaciela. Daniel spał w najlepsze. zerknął niepewnie na wyświetlacz i wciągnął powietrze głęboko do płuc trochę hiperwentylując.
– Luis? – zaryzykował.
śmiech, który rozległ się po drugiej stronie wydawał się pełen ulgi.
– tak – przyznał Suárez. – Luis. cieszę się, że nie pomyliłem numeru. to znaczy nie byłem pewien czy zadzwonisz, a kiedy wysiadłem z samolotu zdałem sobie sprawę, że miałem wyłączony telefon.
Fran starał się być dzielny, ale była czwarta nad ranem, a on nawet za dnia nie gadał z sensem. najchętniej obudziłby Pereza, żeby ten pisał mu tabliczki z kolejnymi zdaniami, ale Daniel o tej porze też nie nadawał się do niczego. nie, żeby Perez kiedykolwiek myślał prędko i składnie. to on był mózgiem ich paczki, co pewnie wiele o nich mówiło.
w słuchawce zaległa cisza i zdał sobie sprawę, że Luis przestał mówić.
– gdzie jesteś? – spytał, chcąc pokryć jakoś swoje zdenerwowanie.
– w Madrycie – odparł Luis.
– poważnie? – zdziwił się. – co robisz w Madrycie? przecież nie macie spotkania rewanżowego jeszcze przez następne trzy tygodnie – rzucił.
Luis zaśmiał się miękko.
– mówiłeś, że nie jesteś fanem, a nagle wiesz gdzie gramy za trzy tygodnie? – spytał mężczyzna.
– tylko dlatego, że gracie z nami – prychnął. – nie wyobrażaj sobie za dużo – dodał na wszelki wypadek.
ten śmiech brzmiał naprawdę miło.
– to co robisz w Madrycie? psujesz naszą murawę? to jest nielegalne. podobnie jak drapiący proszek w bokserkach – rzucił.
zaczynał uzależniać się od tego śmiechu. albo wariował, ponieważ była czwarta nad ranem, a on obudził się nie pierwszy raz. jeśli spał dzisiaj trzy godziny, to było maks.
Daniel oczywiście nie drgnął nawet podczas prowadzonej rozmowy. miał ochotę rzucić w Pereza poduszką tylko po to, aby cierpiał z nim solidarnie następnego dnia. poza tym Daniel zdobywał zawsze tę świetną kawę w kafeterii, korzystając ze swojego wrodzonego uroku oraz Felipe, który pracował tam w czasie wolnym.
– mam wykłady – wyjaśnił Luis.
i Fran słyszał o tym, że sportowcy prowadzili podobne zajęcia, ale jakoś nigdy nie przyszło mu do głowy, aby śledzić karierę kogokolwiek z barcy.
– wybaczam ci – stwierdził.
– miło to słyszeć – odparł Luis. – ale chodzi o ten wygrany mecz? – upewnił się.
– nie, tego ci nie wybaczę – prychnął Fran. – na głowę upadłeś?
– nie, ale nieźle biegam na tych krzywych nogach – stwierdził Luis.
– o mój Boże – jęknął Fran, ale oczywiście niebo nie otworzyło się, aby go pochłonąć.
nie potrzebował lustra, żeby wiedzieć, że się czerwieni. na swoje nieszczęście do końca się również wybudził. i to było równie nagłe co niemiłe.
nie był pewien jak długo milczał, ale Luis odchrząknął po drugiej strony słuchawki.
– tylko żartowałem – powiedział Suárez, jakby czuł się cholernie winny tego, że nagle wszystko stało się takie krępujące. – schrzaniłem to, prawda? – spytał niepewnie Suárez.
i na pewno nie tego spodziewał się Fran.
– uhm? znaczy to raczej ja pewnie nie powinienem tak o tobie mówić – rzucił niepewnie. – trochę mi głupio.
– pewnie nie powiedziałbyś tego mi prosto w twarz, gdybyś wiedział, że to ja – odparł Luis, jakby szukał dla niego wymówki.
– raczej bym ci to powiedział i tak – przyznał szczerze.
Luis znowu zaśmiał się miękko. i to na pewno nie było sprawiedliwe, że posiadacz takich mięśni i kości policzkowych, za które można byłoby zabić, nie rżał jak koń. jakaś równowaga powinna panować we wszechświecie.
– jesteś zabawny – stwierdził Luis.
– jesteś Barceloną – odparł, bo tylko to przyszło mu do głowy.
– czy to problem? – spytał Luis całkiem szczerze.
i Fran przypomniał sobie jak Suárez jeszcze kilka godzin wcześniej powiedział mu, że gdyby chciał się z kimś przespać, wystarczyłoby, aby pstryknął palcami. racjonalna część niego wiedziała, że Luis miał rację. na całym świecie byli wielbieni i adorowani. ich twarze wystawały na każdym rogu, a po tak spektakularnej wygranej ich notowania osiągnęły apogeum.
Fran nienawidził Barcy.
– nie chcesz się ze mną przespać – przypomniał sobie.
w słuchawce zaległa niespodziewana cisza.
a potem Luis znowu odchrząknął i zaczął się śmiać. te odgłosy miały jakiś tajemniczy rytm i sens. pewnie powinien w tym wyczytywać więcej, ale była czwarta nad ranem. i jeśli nie miał wyciągać Pereza z więzienia, pewnie powinien spać.
– nie chciałem ci niczego dorzucić do drinka – odparł Suárez.
– to chyba gra na twoją korzyść – przyznał Fran ostrożnie.
– dobrze wiedzieć, że coś jednak jest na moją korzyść – rzucił niby niezobowiązująco Luis, ale Fran znał teksty tego typu.
Alfa czekał na komplement.
– jesteś przystojny – przyznał więc, ponieważ nie był dupkiem. – ale dzwonisz do mnie o czwartej nad ranem – dodał, ponieważ Suárez owszem nie przemyślał wszystkiego.
– nie mam nic na swoje usprawiedliwienie – przyznał Luis.
nie wydawało się jednak, aby było mu przykro. a powinno. Fran kiedy mało spał, pił kawę. uwielbienie Daniela dla FC Barcelony miało spaść jutrzejszego dnia, ponieważ Perez nienawidził go w tym maksymalnie nadpobudliwym stanie.
– dlaczego dzwonisz do mnie o czwartej nad ranem? – spytał wprost.
– może nie mogłem się doczekać, żeby usłyszeć twój głos? – odbił piłeczkę Luis i pewnie to miało brzmieć romantycznie.
– to jest słabe – przyznał Fran.
– chciałem porozmawiać z tobą, zanim uciekniesz z krzykiem, że gram w Barcelonie – rzucił Suárez.
– bardziej prawdopodobne – stwierdził.
– mam nadzieję, że spotkamy się, kiedy wrócę do miasta i uznałem, że czwarta nad ranem daje mi największą przewagę. zgodzisz się zanim zdasz sobie sprawę, co się dzieje – zaryzykował Suárez.
– podstępne – przyznał Fran.
– ale czy się uda? – spytał Suárez.
– z pewnością – prychnął Fran na wpół świadomie, a potem zamarł. – zapraszasz mnie na randkę? – spytał z niedowierzaniem.
może znowu zaczął przysypiać ze słuchawką przy uchu. albo jeszcze się nie obudził tylko miał bardzo dziwny sen.
– za chwilę, ale już się zgodziłeś, więc się nie możesz wycofać – przypomniał mu pospiesznie Suárez.
– wycofać nie, ale do rana pewnie zapomnę – stwierdził Fran.
– wyjmij długopis i zapisz sobie na ręce, że jesteśmy umówieni pod stadionem barcy w najbliższy piątek o dziewiętnastej – poinformował go Luis.
Fran nabazgrał co mógł w kompletnej ciemności, przyciskając słuchawkę do ucha ramieniem.
– barcy? nigdy więcej się z tobą nie umówię – prychnął.
– zaryzykuję – stwierdził Luis.
– okej – rzucił tylko, wzruszając ramionami i jego telefon spadła na pościel.
podniósł ją z powrotem do ucha akurat, żeby usłyszeć jak Luis życzy mu dobrej nocy.

kiedy obudził się rano, Daniel macał jego przedramię, przyglądając się napisom z bardzo podejrzaną miną. nie widział ani jednego czytelnego słowa, ale wspomnienia wróciły do niego w ciągu sekund i wydał z siebie jeden z tych dźwięków, które zawsze wieszczyły katastrofę. Perez nawet przysiadł na podłodze, ewidentnie wystraszony tak nagłą reakcją.
– Martinez? co ty masz na ręce? – spytał jego przyjaciel.
– powiedziałem Luisowi, że ma świetny tyłek - rzucił.
Daniel przewrócił oczami.
– wczoraj – przypomniał mu Perez.
– nie, dzisiaj w nocy – poinformował Daniela. – kiedy do mnie oddzwonił, bo miał wcześniej wyłączony telefon, bo leciał do Madrytu. ale nie na rewanżowe spotkanie, tylko na wykłady – ciągnął dalej, kiedy coraz więcej szczegółów przedostawało się spod jego podświadomości.
oczy Daniela robiły się powoli coraz większe, a potem jego przyjaciel zakrył twarz dłońmi i zaczął się śmiać, więc pewnie powinien stracić ten tytuł. Fran zmieniał zdanie. Perez był dupkiem.
– i mamy w piątek randkę – dodał tylko po to, żeby uciszyć ten śmiech.
Daniel zadławił się własną śliną, co sprawiło mu tylko nikłą satysfakcję.

piątek, 21 kwietnia 2017

2

Fran czuł się dziwnie wychodząc z baru z podkładką od piwa, którego nawet nie wypił. barman zapewne wykopałby go, gdyby tylko wspomniał o alkoholu. przepisy były irytujące. nie, żeby ruszył się gdziekolwiek indziej, ale Daniel był we Francji u rodziny Felipe dwa lata wcześniej i opisał państwo jako raj dla omeg. tamto wspomnienie nadal było w nim żywe.
obracał podkładkę w dłoniach, ponieważ normalnie tego nie robił, ale dupek podał mu niemal wynik meczu, a to powinno się spotkać z jakiś komentarzem. i facet był po prostu przystojny, co nie sposób było przegapić. Fran nie był przyzwyczajony do tego, aby go podrywano, a miał wrażenie, że w barze flirtowali w jakiś footballowy sposób, którego na razie nie potrafił zrozumieć, ale Al najwyraźniej nie miał nic przeciwko sarkazmowi i nieodpowiednim uwagom na temat sportu, którym obaj się interesowali.
jego tata nie pozwalał mu mówić w ten sposób o Barcelonie.
wyciągnął telefon i spojrzał na podkładkę, starając się wyczytać cyfry spośród wzorków, które widniały na tekturze. zamarł kiedy dotarł do podpisu.
Luis Alberto Suárez
to było jak olśnienie. jakby mała żaróweczka zaświeciła się nad jego głową. oczywiście ten zarost, kości policzkowe. zapewne nie poznał Luisa, ponieważ nie patrzył na jego tyłek. nie ukrywał, że ta część zawodników Barcy interesowała go najbardziej i nawet mgliście przypominał sobie, że powiedział to Luisowi Suárezowi prosto w twarz. i może dlatego facet się tak śmiał.
nie wiedział nawet czy jest bardziej przerażony czy zażenowany. Luis mógł powiedzieć mu od razu jak się nazywa, ale pewnie przebywał w barze incognito, skoro naciągnął czapkę na twarz tak mocno, jakby był poszukiwanym zbiegiem. pewnie nie łatwo byłoby mu wypić piwo w barcelońskim barze tuż po meczu, który wygrali tak genialnie. Fran potrafił przyznać kiedy widział dobrą grę, chociaż zżymało go, że to określenie pasowało do FC Barcelony. TYM RAZEM. nadal wierzył w swoją drużynę i nie zamierzał przestać.
podkładka w jego dłoniach była niczym bomba zegarowa. nie miał pojęcia co powinien z nią zrobić. nie wiedział nawet dlaczego Luis dał mu swój numer. nie musiał. Fran go nawet nie rozpoznał, a Suárez niespecjalnie go naprowadził. nie zadawał też pytań o samego siebie, więc Fran czuł się tylko częściowo upokorzony uwagami, których pewnie nie powinien mówić przy obcym. i zapewne nikt normalnie nie wyrażał się w ten sposób o zawodnikach, ale on nigdy nie miał hamulców i może ten jeden raz tego faktycznie nie żałował.
miał numer Luisa pieprzonego Suáreza i pustkę w głowie.
Daniel wpatrywał się w niego zaniepokojony.
na jego łóżku leżał przygotowany zestaw ratunkowy. jego ulubione żelki, paczka prażynek i tygodniowa dawka kofeiny w jednej niewielkiej filiżance. był pewien, że Daniel kupił mu również pudełko lodów, żeby mogli opłakać odpowiednio mecz. znał wynik o wiele wcześniej, ale jak przystało na najlepszego przyjaciela pod słońcem, nie pisnął nawet słówka, pozwalając mu łudzić się do ostatnich chwil. to Luis pieprzony Suárez zepsuł mu pobyt w barze. i teraz nie wiedział nawet, co powinien zrobić.
– powiedziałem Luisowi Suárez, że ma świetny tyłek i krzywe nogi – wyznał w końcu nie tykając żelków.
Daniel uniósł brew i skrzywił się lekko.
– co? – spytał Perez.
– no właśnie! – jęknął. – dlaczego zawsze mnie spotykają takie rzeczy? – spytał, spoglądając w sufit swojego akademika.
nie dostrzegł Boga, ale to pewnie przez te trzy piętra nad ich głowami. zaczynał być nawet wierzący, kiedy przypominał sobie tę żenującą rozmowę, która wywiązała się w barze. gdyby był chociaż trochę mniej zainteresowany meczem, może przyjrzałby się facetowi i teraz nie czułby się jak idiota. chociaż z drugiej strony zawiesił się na jego wyglądzie więcej niż raz, ale nie można było winić za to jego dziewiętnastoletniego libido. Luis był cholernie seksowny.
Daniel wpatrywał się w niego tak, jakby nie nadążał.
– spotkałeś Luisa Suárez? – spytał w końcu jego przyjaciel.
– tak! – Fran niemal krzyknął zdesperowany. – przecież przed chwilą powiedziałem – jęknął. – i powiedziałem mu, że ma świetny tyłek i krzywe nogi.
Daniel otwarcie wgapiał się w niego, jakby nie do końca miał kontakt z tą rzeczywistością i może to oznaczało, że znajdowali się w całkiem różnych wymiarach. Fran prawie miał nadzieję, że kiedy wróci do swojego, tam będzie miał kolejną szansę, żeby nie zrobić z siebie idioty.
– jak? – spytał Daniel. – znaczy to była pierwsza myśl, kiedy spojrzałeś mu w oczy? – jęknął Perez, chyba nareszcie pojmując jego cierpienie. – jak mogłeś powiedzieć mu, że ma świetny tyłek i krzywe nogi? jak ci to w ogóle wpadło do głowy? znaczy popatrzyłeś mu w oczy i co… – urwał Daniel, chowając twarz w dłonie.
– nie wiedziałem, że to on – przyznał Fran.
– jak mogłeś nie wiedzieć?! – jęknął Daniel, tym razem przerażony, jakby Fran próbował udowodnić mu, że Felipe to alfa. – to Luis Suárez!
– wiem, ale Luis Suárez to nie Fernando Torres! – krzyknął, ponieważ skoro się na siebie wydzierali on też miał wiele do wykrzyczenia.
– ale to Luis Suárez!
– wiem! ale miał czapkę z daszkiem – próbował się bronić.
– w odróżnieniu od czapki z daszkiem, którą przeważnie robią mu zdjęcie na ulicach? – spytał Daniel.
i faktycznie może miał trochę rację. w internecie jednak nie widać było, że Luis jest, aż tak spektakularnie przystojny. poza tym Fran był wtedy przeważnie zajęty psioczeniem i starał przyklejać gumy do żucia do ekranu w akcie protestu. mógł to przegapić.
– nie miał stroju klubowego – próbował się bronić.
Daniel przewrócił oczami.
– ponieważ wszyscy wiedzą, że piłkarze po meczu przebierają się w czyste stroje klubowe albo nie… mają je naszyte na skórze – jęknął Daniel. – dwa tygodnie temu byłeś zirytowany, że w filmie nie rozpoznali Supermana, bo to taka różnica, kiedy facet jest w okularach, a kiedy je ściąga – westchnął Perez. – stary, ty nie rozpoznałeś pieprzonego supermena! – powiedział taki tonem, że poziom tragedii zaczął ściągać do ich pokoju kolejnych współstudentów. – wziąłeś chociaż jego autograf?
Fran spojrzał na podkładkę do piwa nagle z pewną dumą.
– mam jego numer telefonu – powiedział radośnie.
Daniel spojrzał na niego z niedowierzaniem.
– poważnie? jak? – spytał tylko Perez, a potem zakrył twarz dłońmi. – nie chcę nawet wiedzieć.
problem był w tym, że on nawet nie wiedział o Luisie Suárez za wiele. facet ogłosił pewnego dnia, że jest Alfą przyciągając jego uwagę, bo niewielu ludzi show biznesu potrafi wyznać swój status i nie podnieść za to prawie żadnych konsekwencji. drużyna i Manager go wspierali i to była druga rzecz, która była dobra w Barcelonie. gdyby jednak Suárez, Pique i Messi od nich odszedli, nie mieliby nic. przynajmniej w oczach Frana.
nie był małostkowy. po prostu nie cierpiał ich za szereg rzeczy. na przykład wygrane przeciwko jego drużynie.
nie czuł się zbyt komfortowo z numerem telefonu do faceta, którego chyba obrażał przez kilka minut. nie był pewien, bo był zbyt skupiony na meczu. Luis rzucił kilka uwag o footballu i pewnie powinno zwrócić to jego uwagę, ale zbyt wiele go wtedy rozpraszało. i Daniel mógł go winić, ale przecież dostał numer, o który nawet nie prosił, ponieważ wiedział w jakiej lidze był, nawet bez świadomości, że siedzi koło jednego z najlepszych piłkarzy w kraju. wystarczyło, że facet był odurzająco wręcz przystojny.
sen nie chciał nadejść, więc westchnął, dostrzegając, że nie jest jedynym, który ma problemy z zaśnięciem. Daniel przewracał się z boku na bok.
– zadzwoń do niego – rzucił Perez.
– nie lubię Barcy – odparł.
– pewnie o tym go już poinformowałeś. może uznał to za twoją zaletę – prychnął Daniel.
– pewnie jedyną – jęknął.
– i dlatego zostawił ci swój numer, bo zawsze umawia się ludźmi, którzy mówią mu, że ma krzywe nogi? – rzucił Perez.
– nienawidzę cię – oznajmił przyjacielowi i Daniel nawet nie próbował zadać kłamu jego słowom. – dobra – zdecydował w końcu wstając.
– gdzie idziesz? – spytał Daniel.
– gdzieś z dala od ciebie, żebyś nie usłyszał jak robię z siebie idioty – poinformował Daniela.
korytarz nie był najspokojniejszym miejscem, ale nikt nie zwracał na niego zbytniej uwagi. był dostatecznie dziwny, żeby ludzie trzymali się od niego na odpowiednią odległość. numer zapisał w swoim telefonie już wcześniej i wziął głęboki wdech, kiedy go wybierał ponownie. próbował trzy razy wcześniej, ale miał zbyt wielkiego cykora. w końcu jednak Luis Suárez nie był Fernando Torresem, więc przecież nie miał czym się przejmować. gorzej byłoby, gdyby upokorzył się przed swoim idolem.
zamarł, kiedy zdał sobie sprawę, że jest już za późno, żeby się rozłączyć. spodziewał się dźwięku sygnału, ale zamiast tego głos w słuchawce poinformował go trochę bezosobowo, że wybrany numer jest niedostępny lub wyłączony. i trochę wściekł się, że denerwował się kilka godzin wcześniej, tylko po to, żeby zdać sobie sprawę, że to był lekki żarcik z niego.
jeśli ten cały Suárez chciał poinformować go, że zaiste był nim samym, miał na to wiele innych metod. Fran czułby się upokorzony tak czy siak.

piątek, 14 kwietnia 2017

1

Fran wpadł do baru i niemal od razu machnął do barmana, który wskazał mu tabliczkę z napisem osobom nieletnim alkoholu nie podajemy.
– nie zamierzam pić – ogłosił może trochę za głośno, bo kilka osób spojrzało na niego z rozbawieniem. – chcę sok, orzeszki i kanał sportowy – dodał i teraz na pewno usłyszał chichot. – spotkanie Barcelona – Atletico, dobry człowieku – ciągnął dalej niezrażony.
barman spojrzał na niego odrobinę zaskoczony i zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, Fran ponownie wtrącił:
– wiem, że było trzy dni temu, ale egzaminy! – krzyknął w emfazie. – nie znam wyniku, nie chcę znać wyniku, chcę tylko zobaczyć mecz – dodał.
mężczyzna uśmiechnął się ze zrozumieniem i w końcu włączył telewizor. w prawym górnym rogu widniała informacja, że to powtórka, ale Frana naprawdę to nie obchodziło. jedyne co mogło go w tej chwili uspokoić to zielony kolor boiska i dobrze znany dźwięk dopingu z trybun.
bynajmniej nie zamierzał się w tej chwili niczym przejmować.
– fan Barça? – spytał nagle mężczyzna zajmujący miejsce koło niego.
naciągnięta nisko czapka uniemożliwiała dokładne przyjrzenie się, ale nikt kto miał takie kości policzkowe nie mógł być brzydki.
– nie – odparł Fran nawet nie kryjąc obrzydzenia. – Atletico do boju! – krzyknął kompletnie ignorując nieprzyjazne spojrzenia.
nieznajomy zaśmiał się dźwięcznie, posyłając przyjemne dreszcze w dół ciała Frana. kończył chyba pierwsze piwo, bo nie czuć było od niego specyficznego zapachu.
– bo nie ma żadnej rywalizacji. Barca nie stanowi dla Atletico żadnej konkurencji, co zresztą pokazuje ten sezon. – odparł butnie Fran, wcale a wcale nie zauważając, że uśmiech mężczyzny jest po prostu olśniewający.
– nie oglądałeś jeszcze meczu. – przypomniał mu nieznajomy.
– nie spoileruj. jestem przekonany, że Griezmann nie wycisnął nic ponad to co da się wycisnąć z tych katalońskich skórkowańców, a to o wiele za mało jak na Atletico. – ciągnął dalej Fran.
Neymar krzyczał coś do stojącego na bramce Stegena, ale było już za późno. Fran wyrzucił w górę ramiona, skandując jak szalony wraz z tłumem.
– ci katalońscy skórkowańcy przynajmniej nie zmieniali trzydzieści razy nazwy – odezwał się nagle mężczyzna.
– dziewięć i tylko z powodu zmiany właściciela. zresztą mamy historię bogatszą o osiemdziesiąt lat – bronił się Fran, zerkając na rozgrywkę.
barman postawił w końcu przed nim zamówiony sok, chociaż ewidentnie nie wyglądał na zadowolonego. ludzie wokół zwracali na niego za bardzo uwagę, więc przysiągł sobie w duchu, że będzie się zachowywał ciszej. przynajmniej dopóki Torres nie przejmie piłki. wtedy nic i nikt nie mógł go powstrzymać.
– nie powinieneś tu w ogóle siedzieć, dzieciaku – przypomniał mu barman.
– to tylko mecz – jęknął Fran.
– jest ze mną – wtrącił w tej samej chwili nieznajomy.
Fran zerknął na mężczyznę podejrzliwie, a potem na swój sok.
– myślisz, że mógłbym ci tam czegoś dosypać? – spytał mężczyzna retorycznie. – uwierz mi, ale gdybym chciał mieć kogoś w łóżku, pstryknąłbym palcami – dodał całkiem poważnie.
i chociaż Fran miał ochotę powiedzieć, że facet jest trochę zbyt pewny siebie, musiał przyznać mu w duchu rację. takich kości policzkowych nie spotyka się codziennie.zresztą nie tylko one robiły wrażenie. mężczyzna wyglądał na wysportowanego i raczej nie grał w golfa. szara koszulka opinała przyjemnie szerokie barki, uwydatniając tylko ich kształt.
– zawsze staram się o sobie dobrze myśleć – odparł Fran i naprawdę miało to zabrzmieć jak żart, ale najwyraźniej mu nie wyszło, bo mężczyzna obrócił się do niego niemal natychmiast.
– nie o to mi chodziło. jesteś… – urwał nagle. – nie jesteś kimś kogo człowiek spodziewa się w barcelońskim barze. w Madrycie nie było żadnej szkoły, która cię interesowała? – spytał, zmieniając temat.
i chyba dobrze, bo Carrasco wybił piłkę poza boisko, co oznaczało tylko kłopoty. Barca w jednej minucie zdobyła bramkę i Fran miał ochotę jęknąć, ale powstrzymał się.
– dlaczego miałbym uczyć się w Madrycie? jestem z Barcelony – odparł ewidentnie zaskakując mężczyznę.
– i nie kibicujesz drużynie domowej?! – spytał z niedowierzaniem facet.
Fran wzruszył ramionami.
– myślisz, że zauważyli? – spytał, nachylając się w stronę mężczyzny tak, jakby chciał zdradzić mu sekret.
sądził, że nieznajomy doda coś jeszcze. może zrobi mu wykład na temat lojalności względem miasta albo coś w tym stylu, ale mężczyzna roześmiał się szczerze rozbawiony.
– jesteś… jesteś niesamowity – odparł nieznajomy, biorąc kolejny łyk piwa.
– jestem Fran – przedstawił się, korzystając z szansy i zobaczył jak mężczyzna ewidentnie się waha. – nie musisz… – zaczął.
– jestem Al. dla przyjaciół – dodał mężczyzna, wyciągając w jego stronę sporą dłoń.
Fran uścisnął ją bez zbytniej zwłoki i uśmiechnął się krzywo.
– fan Barcy? – spytał tak jak Al wcześniej.
– w zasadzie nie przepadam za footballem – wzruszył ramionami mężczyzna.
– to herezja, ale wiem, że kłamiesz. za dużo o tym wiesz – stwierdził Fran bez żenady.
Al nie zaprzeczył, ale wydawał się przyjemnie zaskoczony. jakby Fran faktycznie zadziwiał go bardziej i bardziej z każdą minutą.
– powiedzmy, że znam się na Barcelonie – zaczął z ociąganiem mężczyzna. – nie bardzo lubię jednak o tym mówić, bo to część mojej pracy, a teraz mam wolne – stwierdził. – zresztą trudno się rozmawia z kimś kto jest tak wrogo nastawiony – dodał z lekkim uśmiechem.
– hej! jestem obiektywny! umiem też powiedzieć wiele dobrego o Barcelonie – oburzył się chłopak.
– naprawdę? – zdziwił się nieszczerze Al.
– mają świetne tyłki – wypalił chłopak.
mężczyzna roześmiał się znowu, zakrywając ręką usta i Fran naprawdę miał ochotę ściągnąć mu tę czapkę. i zabrać dłoń, żeby ponownie zobaczyć ten cudowny uśmiech. Al miał trochę zabawne zęby. równe, białe i prawie, że królicze.
– i to jest twoje ‘wiele dobrego o Barcelonie’? – spytał mężczyzna rozbawiony.
– jest ich tam dwudziestu dwóch. to wiele naprawdę świetnych pośladków – zaznaczył Fran, siląc się na powagę.
Al przez chwilę sączył w ciszy piwo, zerkając od czasu do czasu na ekran, chociaż ewidentnie oglądał już mecz. na boisko wszedł za Turana, Luis Suárez, rozgrzewając mięśnie. tłum skandował jego imię, chociaż piłkarz wydawał się w pełni skupiony na swoim zadaniu.
– no dobra. znaj moją dobrą wolę – zaczął Fran. – Luis Suárez i Gerard Pique na ten przykład nie mają tylko świetnych mięśni – zażartował.
mężczyzn spiął się koło niego, jakby oczekiwał jakiegoś haczyka, ale Fran tym razem nie miał żadnego.
– wydają się cudownymi ludźmi prywatnie. z tym całym pomaganiem ofiarą przemocy domowej. jeśli faktycznie jest coś dobrego w Barcelonie to właśnie oni – powiedział całkiem poważnie chłopak.
mężczyzna spoglądał przez chwilę na niego najwyraźniej oszołomiony, ale po chwili się opanował i uśmiechnął krzywo.
– ale wciąż nic na temat gry – droczył się Al.
– kogo na boga obchodzi jak gra Barca?! – spytał Fran z szerokim uśmiechem.
– ciebie na pewno powinno, bo twoja drużyna właśnie przegrywa – zauważył całkiem poważnie mężczyzna.
faktycznie Atletico nie szło najlepiej, ale ewidentnie nie była to wina zaangażowania drużyny. cholerny Luis Suárez naprawdę szybko biegał, więc zaliczył kolejną bramkę dla Barcy. Fran jednak nie był zawistny. potrafił docenić dobrą grę.
– ma krzywe nogi. z całej drużyny on ma najgorsze nogi – mruknął.
Al roześmiał się.
– bardzo profesjonalna opinia – stwierdził mężczyzna,  podnosząc piwo do ust, po czym zamarł, gdy spojrzał przypadkowo na zegar wiszący nad barem. –cholera – warknął, wyciągając gotówkę z portfela. – jestem bardzo spóźniony – dodał, jakby to nie było dostatecznie czytelne.
Al zsunął się ze swojego krzesła, zabierając przy okazji kurtkę, a potem zamarł w pół ruchu, zerkając niepewnie na Frana, który obserwował go cierpliwie.
– słuchaj – zaczął, ale urwał najwyraźniej zastanawiając się nad czymś głębiej. – normalnie tego nie robię, ale zostawię ci mój numer i, jeśli będziesz chciał… – urwał sugestywnie, wypisując na podkładce barowej szereg cyfr.
– pogadać o nożnej? – spytał Fran nie mogąc się powstrzymać i Al uśmiechnął się krzywo.
-- porozmawiać o nożnej – podchwycił mężczyzna. – zadzwoń. może się zdarzyć, że akurat będę przelotem w mieście – dodał po czym zerknął na ekran telewizora. – Messi zaliczy jeszcze jedną bramkę w tym spotkaniu – rzucił,  uśmiechając się wrednie.
– hej! – zaprotestował Fran, ale mężczyzna już wychodził.