wtorek, 9 maja 2017

3

Fran obudził się tak wcześnie rano, że prawie sądził, że to jeszcze noc. jego telefon wibrował tuż obok jego ucha, na nocnej szafce, trącając sobą w szklankę. pewnie nie powinien był zostawiać nic do picia na noc albo chociaż wyłączyć telefon.
odebrał bez otwierania oczu i wydał z siebie długi jęk.
– obyś był w pierdlu, Perez. i na pewno cię z niego nie wyciągnę – warknął do słuchawki, w której zaległa podejrzana cisza.
wydał z siebie kolejny niezadowolony pomruk, bo Daniel chyba chciał się z nim bawić w ciuciubabkę. albo zdał sobie sprawę, że budzenie go o tej porze było równe z podpisaniem na siebie wyroku śmierci. właśnie miał o tym poinformować tego dupka, gdy w słuchawce usłyszał głośne chrząknięcie.
– Fran? – spytał ktoś.
podniósł się na łóżku i zamarł, kiedy po drugiej stronie pokoju dostrzegł znajomy kształt przyjaciela. Daniel spał w najlepsze. zerknął niepewnie na wyświetlacz i wciągnął powietrze głęboko do płuc trochę hiperwentylując.
– Luis? – zaryzykował.
śmiech, który rozległ się po drugiej stronie wydawał się pełen ulgi.
– tak – przyznał Suárez. – Luis. cieszę się, że nie pomyliłem numeru. to znaczy nie byłem pewien czy zadzwonisz, a kiedy wysiadłem z samolotu zdałem sobie sprawę, że miałem wyłączony telefon.
Fran starał się być dzielny, ale była czwarta nad ranem, a on nawet za dnia nie gadał z sensem. najchętniej obudziłby Pereza, żeby ten pisał mu tabliczki z kolejnymi zdaniami, ale Daniel o tej porze też nie nadawał się do niczego. nie, żeby Perez kiedykolwiek myślał prędko i składnie. to on był mózgiem ich paczki, co pewnie wiele o nich mówiło.
w słuchawce zaległa cisza i zdał sobie sprawę, że Luis przestał mówić.
– gdzie jesteś? – spytał, chcąc pokryć jakoś swoje zdenerwowanie.
– w Madrycie – odparł Luis.
– poważnie? – zdziwił się. – co robisz w Madrycie? przecież nie macie spotkania rewanżowego jeszcze przez następne trzy tygodnie – rzucił.
Luis zaśmiał się miękko.
– mówiłeś, że nie jesteś fanem, a nagle wiesz gdzie gramy za trzy tygodnie? – spytał mężczyzna.
– tylko dlatego, że gracie z nami – prychnął. – nie wyobrażaj sobie za dużo – dodał na wszelki wypadek.
ten śmiech brzmiał naprawdę miło.
– to co robisz w Madrycie? psujesz naszą murawę? to jest nielegalne. podobnie jak drapiący proszek w bokserkach – rzucił.
zaczynał uzależniać się od tego śmiechu. albo wariował, ponieważ była czwarta nad ranem, a on obudził się nie pierwszy raz. jeśli spał dzisiaj trzy godziny, to było maks.
Daniel oczywiście nie drgnął nawet podczas prowadzonej rozmowy. miał ochotę rzucić w Pereza poduszką tylko po to, aby cierpiał z nim solidarnie następnego dnia. poza tym Daniel zdobywał zawsze tę świetną kawę w kafeterii, korzystając ze swojego wrodzonego uroku oraz Felipe, który pracował tam w czasie wolnym.
– mam wykłady – wyjaśnił Luis.
i Fran słyszał o tym, że sportowcy prowadzili podobne zajęcia, ale jakoś nigdy nie przyszło mu do głowy, aby śledzić karierę kogokolwiek z barcy.
– wybaczam ci – stwierdził.
– miło to słyszeć – odparł Luis. – ale chodzi o ten wygrany mecz? – upewnił się.
– nie, tego ci nie wybaczę – prychnął Fran. – na głowę upadłeś?
– nie, ale nieźle biegam na tych krzywych nogach – stwierdził Luis.
– o mój Boże – jęknął Fran, ale oczywiście niebo nie otworzyło się, aby go pochłonąć.
nie potrzebował lustra, żeby wiedzieć, że się czerwieni. na swoje nieszczęście do końca się również wybudził. i to było równie nagłe co niemiłe.
nie był pewien jak długo milczał, ale Luis odchrząknął po drugiej strony słuchawki.
– tylko żartowałem – powiedział Suárez, jakby czuł się cholernie winny tego, że nagle wszystko stało się takie krępujące. – schrzaniłem to, prawda? – spytał niepewnie Suárez.
i na pewno nie tego spodziewał się Fran.
– uhm? znaczy to raczej ja pewnie nie powinienem tak o tobie mówić – rzucił niepewnie. – trochę mi głupio.
– pewnie nie powiedziałbyś tego mi prosto w twarz, gdybyś wiedział, że to ja – odparł Luis, jakby szukał dla niego wymówki.
– raczej bym ci to powiedział i tak – przyznał szczerze.
Luis znowu zaśmiał się miękko. i to na pewno nie było sprawiedliwe, że posiadacz takich mięśni i kości policzkowych, za które można byłoby zabić, nie rżał jak koń. jakaś równowaga powinna panować we wszechświecie.
– jesteś zabawny – stwierdził Luis.
– jesteś Barceloną – odparł, bo tylko to przyszło mu do głowy.
– czy to problem? – spytał Luis całkiem szczerze.
i Fran przypomniał sobie jak Suárez jeszcze kilka godzin wcześniej powiedział mu, że gdyby chciał się z kimś przespać, wystarczyłoby, aby pstryknął palcami. racjonalna część niego wiedziała, że Luis miał rację. na całym świecie byli wielbieni i adorowani. ich twarze wystawały na każdym rogu, a po tak spektakularnej wygranej ich notowania osiągnęły apogeum.
Fran nienawidził Barcy.
– nie chcesz się ze mną przespać – przypomniał sobie.
w słuchawce zaległa niespodziewana cisza.
a potem Luis znowu odchrząknął i zaczął się śmiać. te odgłosy miały jakiś tajemniczy rytm i sens. pewnie powinien w tym wyczytywać więcej, ale była czwarta nad ranem. i jeśli nie miał wyciągać Pereza z więzienia, pewnie powinien spać.
– nie chciałem ci niczego dorzucić do drinka – odparł Suárez.
– to chyba gra na twoją korzyść – przyznał Fran ostrożnie.
– dobrze wiedzieć, że coś jednak jest na moją korzyść – rzucił niby niezobowiązująco Luis, ale Fran znał teksty tego typu.
Alfa czekał na komplement.
– jesteś przystojny – przyznał więc, ponieważ nie był dupkiem. – ale dzwonisz do mnie o czwartej nad ranem – dodał, ponieważ Suárez owszem nie przemyślał wszystkiego.
– nie mam nic na swoje usprawiedliwienie – przyznał Luis.
nie wydawało się jednak, aby było mu przykro. a powinno. Fran kiedy mało spał, pił kawę. uwielbienie Daniela dla FC Barcelony miało spaść jutrzejszego dnia, ponieważ Perez nienawidził go w tym maksymalnie nadpobudliwym stanie.
– dlaczego dzwonisz do mnie o czwartej nad ranem? – spytał wprost.
– może nie mogłem się doczekać, żeby usłyszeć twój głos? – odbił piłeczkę Luis i pewnie to miało brzmieć romantycznie.
– to jest słabe – przyznał Fran.
– chciałem porozmawiać z tobą, zanim uciekniesz z krzykiem, że gram w Barcelonie – rzucił Suárez.
– bardziej prawdopodobne – stwierdził.
– mam nadzieję, że spotkamy się, kiedy wrócę do miasta i uznałem, że czwarta nad ranem daje mi największą przewagę. zgodzisz się zanim zdasz sobie sprawę, co się dzieje – zaryzykował Suárez.
– podstępne – przyznał Fran.
– ale czy się uda? – spytał Suárez.
– z pewnością – prychnął Fran na wpół świadomie, a potem zamarł. – zapraszasz mnie na randkę? – spytał z niedowierzaniem.
może znowu zaczął przysypiać ze słuchawką przy uchu. albo jeszcze się nie obudził tylko miał bardzo dziwny sen.
– za chwilę, ale już się zgodziłeś, więc się nie możesz wycofać – przypomniał mu pospiesznie Suárez.
– wycofać nie, ale do rana pewnie zapomnę – stwierdził Fran.
– wyjmij długopis i zapisz sobie na ręce, że jesteśmy umówieni pod stadionem barcy w najbliższy piątek o dziewiętnastej – poinformował go Luis.
Fran nabazgrał co mógł w kompletnej ciemności, przyciskając słuchawkę do ucha ramieniem.
– barcy? nigdy więcej się z tobą nie umówię – prychnął.
– zaryzykuję – stwierdził Luis.
– okej – rzucił tylko, wzruszając ramionami i jego telefon spadła na pościel.
podniósł ją z powrotem do ucha akurat, żeby usłyszeć jak Luis życzy mu dobrej nocy.

kiedy obudził się rano, Daniel macał jego przedramię, przyglądając się napisom z bardzo podejrzaną miną. nie widział ani jednego czytelnego słowa, ale wspomnienia wróciły do niego w ciągu sekund i wydał z siebie jeden z tych dźwięków, które zawsze wieszczyły katastrofę. Perez nawet przysiadł na podłodze, ewidentnie wystraszony tak nagłą reakcją.
– Martinez? co ty masz na ręce? – spytał jego przyjaciel.
– powiedziałem Luisowi, że ma świetny tyłek - rzucił.
Daniel przewrócił oczami.
– wczoraj – przypomniał mu Perez.
– nie, dzisiaj w nocy – poinformował Daniela. – kiedy do mnie oddzwonił, bo miał wcześniej wyłączony telefon, bo leciał do Madrytu. ale nie na rewanżowe spotkanie, tylko na wykłady – ciągnął dalej, kiedy coraz więcej szczegółów przedostawało się spod jego podświadomości.
oczy Daniela robiły się powoli coraz większe, a potem jego przyjaciel zakrył twarz dłońmi i zaczął się śmiać, więc pewnie powinien stracić ten tytuł. Fran zmieniał zdanie. Perez był dupkiem.
– i mamy w piątek randkę – dodał tylko po to, żeby uciszyć ten śmiech.
Daniel zadławił się własną śliną, co sprawiło mu tylko nikłą satysfakcję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz