piątek, 21 kwietnia 2017

2

Fran czuł się dziwnie wychodząc z baru z podkładką od piwa, którego nawet nie wypił. barman zapewne wykopałby go, gdyby tylko wspomniał o alkoholu. przepisy były irytujące. nie, żeby ruszył się gdziekolwiek indziej, ale Daniel był we Francji u rodziny Felipe dwa lata wcześniej i opisał państwo jako raj dla omeg. tamto wspomnienie nadal było w nim żywe.
obracał podkładkę w dłoniach, ponieważ normalnie tego nie robił, ale dupek podał mu niemal wynik meczu, a to powinno się spotkać z jakiś komentarzem. i facet był po prostu przystojny, co nie sposób było przegapić. Fran nie był przyzwyczajony do tego, aby go podrywano, a miał wrażenie, że w barze flirtowali w jakiś footballowy sposób, którego na razie nie potrafił zrozumieć, ale Al najwyraźniej nie miał nic przeciwko sarkazmowi i nieodpowiednim uwagom na temat sportu, którym obaj się interesowali.
jego tata nie pozwalał mu mówić w ten sposób o Barcelonie.
wyciągnął telefon i spojrzał na podkładkę, starając się wyczytać cyfry spośród wzorków, które widniały na tekturze. zamarł kiedy dotarł do podpisu.
Luis Alberto Suárez
to było jak olśnienie. jakby mała żaróweczka zaświeciła się nad jego głową. oczywiście ten zarost, kości policzkowe. zapewne nie poznał Luisa, ponieważ nie patrzył na jego tyłek. nie ukrywał, że ta część zawodników Barcy interesowała go najbardziej i nawet mgliście przypominał sobie, że powiedział to Luisowi Suárezowi prosto w twarz. i może dlatego facet się tak śmiał.
nie wiedział nawet czy jest bardziej przerażony czy zażenowany. Luis mógł powiedzieć mu od razu jak się nazywa, ale pewnie przebywał w barze incognito, skoro naciągnął czapkę na twarz tak mocno, jakby był poszukiwanym zbiegiem. pewnie nie łatwo byłoby mu wypić piwo w barcelońskim barze tuż po meczu, który wygrali tak genialnie. Fran potrafił przyznać kiedy widział dobrą grę, chociaż zżymało go, że to określenie pasowało do FC Barcelony. TYM RAZEM. nadal wierzył w swoją drużynę i nie zamierzał przestać.
podkładka w jego dłoniach była niczym bomba zegarowa. nie miał pojęcia co powinien z nią zrobić. nie wiedział nawet dlaczego Luis dał mu swój numer. nie musiał. Fran go nawet nie rozpoznał, a Suárez niespecjalnie go naprowadził. nie zadawał też pytań o samego siebie, więc Fran czuł się tylko częściowo upokorzony uwagami, których pewnie nie powinien mówić przy obcym. i zapewne nikt normalnie nie wyrażał się w ten sposób o zawodnikach, ale on nigdy nie miał hamulców i może ten jeden raz tego faktycznie nie żałował.
miał numer Luisa pieprzonego Suáreza i pustkę w głowie.
Daniel wpatrywał się w niego zaniepokojony.
na jego łóżku leżał przygotowany zestaw ratunkowy. jego ulubione żelki, paczka prażynek i tygodniowa dawka kofeiny w jednej niewielkiej filiżance. był pewien, że Daniel kupił mu również pudełko lodów, żeby mogli opłakać odpowiednio mecz. znał wynik o wiele wcześniej, ale jak przystało na najlepszego przyjaciela pod słońcem, nie pisnął nawet słówka, pozwalając mu łudzić się do ostatnich chwil. to Luis pieprzony Suárez zepsuł mu pobyt w barze. i teraz nie wiedział nawet, co powinien zrobić.
– powiedziałem Luisowi Suárez, że ma świetny tyłek i krzywe nogi – wyznał w końcu nie tykając żelków.
Daniel uniósł brew i skrzywił się lekko.
– co? – spytał Perez.
– no właśnie! – jęknął. – dlaczego zawsze mnie spotykają takie rzeczy? – spytał, spoglądając w sufit swojego akademika.
nie dostrzegł Boga, ale to pewnie przez te trzy piętra nad ich głowami. zaczynał być nawet wierzący, kiedy przypominał sobie tę żenującą rozmowę, która wywiązała się w barze. gdyby był chociaż trochę mniej zainteresowany meczem, może przyjrzałby się facetowi i teraz nie czułby się jak idiota. chociaż z drugiej strony zawiesił się na jego wyglądzie więcej niż raz, ale nie można było winić za to jego dziewiętnastoletniego libido. Luis był cholernie seksowny.
Daniel wpatrywał się w niego tak, jakby nie nadążał.
– spotkałeś Luisa Suárez? – spytał w końcu jego przyjaciel.
– tak! – Fran niemal krzyknął zdesperowany. – przecież przed chwilą powiedziałem – jęknął. – i powiedziałem mu, że ma świetny tyłek i krzywe nogi.
Daniel otwarcie wgapiał się w niego, jakby nie do końca miał kontakt z tą rzeczywistością i może to oznaczało, że znajdowali się w całkiem różnych wymiarach. Fran prawie miał nadzieję, że kiedy wróci do swojego, tam będzie miał kolejną szansę, żeby nie zrobić z siebie idioty.
– jak? – spytał Daniel. – znaczy to była pierwsza myśl, kiedy spojrzałeś mu w oczy? – jęknął Perez, chyba nareszcie pojmując jego cierpienie. – jak mogłeś powiedzieć mu, że ma świetny tyłek i krzywe nogi? jak ci to w ogóle wpadło do głowy? znaczy popatrzyłeś mu w oczy i co… – urwał Daniel, chowając twarz w dłonie.
– nie wiedziałem, że to on – przyznał Fran.
– jak mogłeś nie wiedzieć?! – jęknął Daniel, tym razem przerażony, jakby Fran próbował udowodnić mu, że Felipe to alfa. – to Luis Suárez!
– wiem, ale Luis Suárez to nie Fernando Torres! – krzyknął, ponieważ skoro się na siebie wydzierali on też miał wiele do wykrzyczenia.
– ale to Luis Suárez!
– wiem! ale miał czapkę z daszkiem – próbował się bronić.
– w odróżnieniu od czapki z daszkiem, którą przeważnie robią mu zdjęcie na ulicach? – spytał Daniel.
i faktycznie może miał trochę rację. w internecie jednak nie widać było, że Luis jest, aż tak spektakularnie przystojny. poza tym Fran był wtedy przeważnie zajęty psioczeniem i starał przyklejać gumy do żucia do ekranu w akcie protestu. mógł to przegapić.
– nie miał stroju klubowego – próbował się bronić.
Daniel przewrócił oczami.
– ponieważ wszyscy wiedzą, że piłkarze po meczu przebierają się w czyste stroje klubowe albo nie… mają je naszyte na skórze – jęknął Daniel. – dwa tygodnie temu byłeś zirytowany, że w filmie nie rozpoznali Supermana, bo to taka różnica, kiedy facet jest w okularach, a kiedy je ściąga – westchnął Perez. – stary, ty nie rozpoznałeś pieprzonego supermena! – powiedział taki tonem, że poziom tragedii zaczął ściągać do ich pokoju kolejnych współstudentów. – wziąłeś chociaż jego autograf?
Fran spojrzał na podkładkę do piwa nagle z pewną dumą.
– mam jego numer telefonu – powiedział radośnie.
Daniel spojrzał na niego z niedowierzaniem.
– poważnie? jak? – spytał tylko Perez, a potem zakrył twarz dłońmi. – nie chcę nawet wiedzieć.
problem był w tym, że on nawet nie wiedział o Luisie Suárez za wiele. facet ogłosił pewnego dnia, że jest Alfą przyciągając jego uwagę, bo niewielu ludzi show biznesu potrafi wyznać swój status i nie podnieść za to prawie żadnych konsekwencji. drużyna i Manager go wspierali i to była druga rzecz, która była dobra w Barcelonie. gdyby jednak Suárez, Pique i Messi od nich odszedli, nie mieliby nic. przynajmniej w oczach Frana.
nie był małostkowy. po prostu nie cierpiał ich za szereg rzeczy. na przykład wygrane przeciwko jego drużynie.
nie czuł się zbyt komfortowo z numerem telefonu do faceta, którego chyba obrażał przez kilka minut. nie był pewien, bo był zbyt skupiony na meczu. Luis rzucił kilka uwag o footballu i pewnie powinno zwrócić to jego uwagę, ale zbyt wiele go wtedy rozpraszało. i Daniel mógł go winić, ale przecież dostał numer, o który nawet nie prosił, ponieważ wiedział w jakiej lidze był, nawet bez świadomości, że siedzi koło jednego z najlepszych piłkarzy w kraju. wystarczyło, że facet był odurzająco wręcz przystojny.
sen nie chciał nadejść, więc westchnął, dostrzegając, że nie jest jedynym, który ma problemy z zaśnięciem. Daniel przewracał się z boku na bok.
– zadzwoń do niego – rzucił Perez.
– nie lubię Barcy – odparł.
– pewnie o tym go już poinformowałeś. może uznał to za twoją zaletę – prychnął Daniel.
– pewnie jedyną – jęknął.
– i dlatego zostawił ci swój numer, bo zawsze umawia się ludźmi, którzy mówią mu, że ma krzywe nogi? – rzucił Perez.
– nienawidzę cię – oznajmił przyjacielowi i Daniel nawet nie próbował zadać kłamu jego słowom. – dobra – zdecydował w końcu wstając.
– gdzie idziesz? – spytał Daniel.
– gdzieś z dala od ciebie, żebyś nie usłyszał jak robię z siebie idioty – poinformował Daniela.
korytarz nie był najspokojniejszym miejscem, ale nikt nie zwracał na niego zbytniej uwagi. był dostatecznie dziwny, żeby ludzie trzymali się od niego na odpowiednią odległość. numer zapisał w swoim telefonie już wcześniej i wziął głęboki wdech, kiedy go wybierał ponownie. próbował trzy razy wcześniej, ale miał zbyt wielkiego cykora. w końcu jednak Luis Suárez nie był Fernando Torresem, więc przecież nie miał czym się przejmować. gorzej byłoby, gdyby upokorzył się przed swoim idolem.
zamarł, kiedy zdał sobie sprawę, że jest już za późno, żeby się rozłączyć. spodziewał się dźwięku sygnału, ale zamiast tego głos w słuchawce poinformował go trochę bezosobowo, że wybrany numer jest niedostępny lub wyłączony. i trochę wściekł się, że denerwował się kilka godzin wcześniej, tylko po to, żeby zdać sobie sprawę, że to był lekki żarcik z niego.
jeśli ten cały Suárez chciał poinformować go, że zaiste był nim samym, miał na to wiele innych metod. Fran czułby się upokorzony tak czy siak.

piątek, 14 kwietnia 2017

1

Fran wpadł do baru i niemal od razu machnął do barmana, który wskazał mu tabliczkę z napisem osobom nieletnim alkoholu nie podajemy.
– nie zamierzam pić – ogłosił może trochę za głośno, bo kilka osób spojrzało na niego z rozbawieniem. – chcę sok, orzeszki i kanał sportowy – dodał i teraz na pewno usłyszał chichot. – spotkanie Barcelona – Atletico, dobry człowieku – ciągnął dalej niezrażony.
barman spojrzał na niego odrobinę zaskoczony i zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, Fran ponownie wtrącił:
– wiem, że było trzy dni temu, ale egzaminy! – krzyknął w emfazie. – nie znam wyniku, nie chcę znać wyniku, chcę tylko zobaczyć mecz – dodał.
mężczyzna uśmiechnął się ze zrozumieniem i w końcu włączył telewizor. w prawym górnym rogu widniała informacja, że to powtórka, ale Frana naprawdę to nie obchodziło. jedyne co mogło go w tej chwili uspokoić to zielony kolor boiska i dobrze znany dźwięk dopingu z trybun.
bynajmniej nie zamierzał się w tej chwili niczym przejmować.
– fan Barça? – spytał nagle mężczyzna zajmujący miejsce koło niego.
naciągnięta nisko czapka uniemożliwiała dokładne przyjrzenie się, ale nikt kto miał takie kości policzkowe nie mógł być brzydki.
– nie – odparł Fran nawet nie kryjąc obrzydzenia. – Atletico do boju! – krzyknął kompletnie ignorując nieprzyjazne spojrzenia.
nieznajomy zaśmiał się dźwięcznie, posyłając przyjemne dreszcze w dół ciała Frana. kończył chyba pierwsze piwo, bo nie czuć było od niego specyficznego zapachu.
– bo nie ma żadnej rywalizacji. Barca nie stanowi dla Atletico żadnej konkurencji, co zresztą pokazuje ten sezon. – odparł butnie Fran, wcale a wcale nie zauważając, że uśmiech mężczyzny jest po prostu olśniewający.
– nie oglądałeś jeszcze meczu. – przypomniał mu nieznajomy.
– nie spoileruj. jestem przekonany, że Griezmann nie wycisnął nic ponad to co da się wycisnąć z tych katalońskich skórkowańców, a to o wiele za mało jak na Atletico. – ciągnął dalej Fran.
Neymar krzyczał coś do stojącego na bramce Stegena, ale było już za późno. Fran wyrzucił w górę ramiona, skandując jak szalony wraz z tłumem.
– ci katalońscy skórkowańcy przynajmniej nie zmieniali trzydzieści razy nazwy – odezwał się nagle mężczyzna.
– dziewięć i tylko z powodu zmiany właściciela. zresztą mamy historię bogatszą o osiemdziesiąt lat – bronił się Fran, zerkając na rozgrywkę.
barman postawił w końcu przed nim zamówiony sok, chociaż ewidentnie nie wyglądał na zadowolonego. ludzie wokół zwracali na niego za bardzo uwagę, więc przysiągł sobie w duchu, że będzie się zachowywał ciszej. przynajmniej dopóki Torres nie przejmie piłki. wtedy nic i nikt nie mógł go powstrzymać.
– nie powinieneś tu w ogóle siedzieć, dzieciaku – przypomniał mu barman.
– to tylko mecz – jęknął Fran.
– jest ze mną – wtrącił w tej samej chwili nieznajomy.
Fran zerknął na mężczyznę podejrzliwie, a potem na swój sok.
– myślisz, że mógłbym ci tam czegoś dosypać? – spytał mężczyzna retorycznie. – uwierz mi, ale gdybym chciał mieć kogoś w łóżku, pstryknąłbym palcami – dodał całkiem poważnie.
i chociaż Fran miał ochotę powiedzieć, że facet jest trochę zbyt pewny siebie, musiał przyznać mu w duchu rację. takich kości policzkowych nie spotyka się codziennie.zresztą nie tylko one robiły wrażenie. mężczyzna wyglądał na wysportowanego i raczej nie grał w golfa. szara koszulka opinała przyjemnie szerokie barki, uwydatniając tylko ich kształt.
– zawsze staram się o sobie dobrze myśleć – odparł Fran i naprawdę miało to zabrzmieć jak żart, ale najwyraźniej mu nie wyszło, bo mężczyzna obrócił się do niego niemal natychmiast.
– nie o to mi chodziło. jesteś… – urwał nagle. – nie jesteś kimś kogo człowiek spodziewa się w barcelońskim barze. w Madrycie nie było żadnej szkoły, która cię interesowała? – spytał, zmieniając temat.
i chyba dobrze, bo Carrasco wybił piłkę poza boisko, co oznaczało tylko kłopoty. Barca w jednej minucie zdobyła bramkę i Fran miał ochotę jęknąć, ale powstrzymał się.
– dlaczego miałbym uczyć się w Madrycie? jestem z Barcelony – odparł ewidentnie zaskakując mężczyznę.
– i nie kibicujesz drużynie domowej?! – spytał z niedowierzaniem facet.
Fran wzruszył ramionami.
– myślisz, że zauważyli? – spytał, nachylając się w stronę mężczyzny tak, jakby chciał zdradzić mu sekret.
sądził, że nieznajomy doda coś jeszcze. może zrobi mu wykład na temat lojalności względem miasta albo coś w tym stylu, ale mężczyzna roześmiał się szczerze rozbawiony.
– jesteś… jesteś niesamowity – odparł nieznajomy, biorąc kolejny łyk piwa.
– jestem Fran – przedstawił się, korzystając z szansy i zobaczył jak mężczyzna ewidentnie się waha. – nie musisz… – zaczął.
– jestem Al. dla przyjaciół – dodał mężczyzna, wyciągając w jego stronę sporą dłoń.
Fran uścisnął ją bez zbytniej zwłoki i uśmiechnął się krzywo.
– fan Barcy? – spytał tak jak Al wcześniej.
– w zasadzie nie przepadam za footballem – wzruszył ramionami mężczyzna.
– to herezja, ale wiem, że kłamiesz. za dużo o tym wiesz – stwierdził Fran bez żenady.
Al nie zaprzeczył, ale wydawał się przyjemnie zaskoczony. jakby Fran faktycznie zadziwiał go bardziej i bardziej z każdą minutą.
– powiedzmy, że znam się na Barcelonie – zaczął z ociąganiem mężczyzna. – nie bardzo lubię jednak o tym mówić, bo to część mojej pracy, a teraz mam wolne – stwierdził. – zresztą trudno się rozmawia z kimś kto jest tak wrogo nastawiony – dodał z lekkim uśmiechem.
– hej! jestem obiektywny! umiem też powiedzieć wiele dobrego o Barcelonie – oburzył się chłopak.
– naprawdę? – zdziwił się nieszczerze Al.
– mają świetne tyłki – wypalił chłopak.
mężczyzna roześmiał się znowu, zakrywając ręką usta i Fran naprawdę miał ochotę ściągnąć mu tę czapkę. i zabrać dłoń, żeby ponownie zobaczyć ten cudowny uśmiech. Al miał trochę zabawne zęby. równe, białe i prawie, że królicze.
– i to jest twoje ‘wiele dobrego o Barcelonie’? – spytał mężczyzna rozbawiony.
– jest ich tam dwudziestu dwóch. to wiele naprawdę świetnych pośladków – zaznaczył Fran, siląc się na powagę.
Al przez chwilę sączył w ciszy piwo, zerkając od czasu do czasu na ekran, chociaż ewidentnie oglądał już mecz. na boisko wszedł za Turana, Luis Suárez, rozgrzewając mięśnie. tłum skandował jego imię, chociaż piłkarz wydawał się w pełni skupiony na swoim zadaniu.
– no dobra. znaj moją dobrą wolę – zaczął Fran. – Luis Suárez i Gerard Pique na ten przykład nie mają tylko świetnych mięśni – zażartował.
mężczyzn spiął się koło niego, jakby oczekiwał jakiegoś haczyka, ale Fran tym razem nie miał żadnego.
– wydają się cudownymi ludźmi prywatnie. z tym całym pomaganiem ofiarą przemocy domowej. jeśli faktycznie jest coś dobrego w Barcelonie to właśnie oni – powiedział całkiem poważnie chłopak.
mężczyzna spoglądał przez chwilę na niego najwyraźniej oszołomiony, ale po chwili się opanował i uśmiechnął krzywo.
– ale wciąż nic na temat gry – droczył się Al.
– kogo na boga obchodzi jak gra Barca?! – spytał Fran z szerokim uśmiechem.
– ciebie na pewno powinno, bo twoja drużyna właśnie przegrywa – zauważył całkiem poważnie mężczyzna.
faktycznie Atletico nie szło najlepiej, ale ewidentnie nie była to wina zaangażowania drużyny. cholerny Luis Suárez naprawdę szybko biegał, więc zaliczył kolejną bramkę dla Barcy. Fran jednak nie był zawistny. potrafił docenić dobrą grę.
– ma krzywe nogi. z całej drużyny on ma najgorsze nogi – mruknął.
Al roześmiał się.
– bardzo profesjonalna opinia – stwierdził mężczyzna,  podnosząc piwo do ust, po czym zamarł, gdy spojrzał przypadkowo na zegar wiszący nad barem. –cholera – warknął, wyciągając gotówkę z portfela. – jestem bardzo spóźniony – dodał, jakby to nie było dostatecznie czytelne.
Al zsunął się ze swojego krzesła, zabierając przy okazji kurtkę, a potem zamarł w pół ruchu, zerkając niepewnie na Frana, który obserwował go cierpliwie.
– słuchaj – zaczął, ale urwał najwyraźniej zastanawiając się nad czymś głębiej. – normalnie tego nie robię, ale zostawię ci mój numer i, jeśli będziesz chciał… – urwał sugestywnie, wypisując na podkładce barowej szereg cyfr.
– pogadać o nożnej? – spytał Fran nie mogąc się powstrzymać i Al uśmiechnął się krzywo.
-- porozmawiać o nożnej – podchwycił mężczyzna. – zadzwoń. może się zdarzyć, że akurat będę przelotem w mieście – dodał po czym zerknął na ekran telewizora. – Messi zaliczy jeszcze jedną bramkę w tym spotkaniu – rzucił,  uśmiechając się wrednie.
– hej! – zaprotestował Fran, ale mężczyzna już wychodził.