czwartek, 22 czerwca 2017

6

Fran zastanawiał się dokładnie trzy minuty nad tym czy powiedzieć ojcu o nadciągającej randce. a potem zdał sobie sprawę, że nie chciałby przyzwoitki, śledzącej każdy jego ruch. albo co gorsza Luisa zarzucanego pytaniami o obecny sezon i treningi ‘najwspanialszej drużyny świata’. nie wątpił, że Suárez jakąś godzinę podpisywałby wszystko, co ojciec posiadał w domu, a co wiązało się bezpośrednio z Barcą. w zasadzie patrząc też z tego poziomu, to raczej on byłby przyzwoitką swojego ojca i ta wizja przerażała go równie mocno, co nadciągająca randka, bo jakoś w ciągu tych kilku dni doszło do niego, że to spotkanie nie było wcale o podłożu koleżeńskim.
nie ćwierkali niczym Daniel i Felipe.
dlatego też był dość zaskoczony, gdy dostrzegł bukiet kwiatów w dłoniach Luis'a, który nerwowo rozglądał się wokół. Fran sprawdził czas, ale był prawie punktualnie i trochę na miękkich nogach podszedł do Suáreza, który wyglądał jeszcze lepiej niż ostatnio, kiedy się widzieli. i może Fran naprawdę powinien był skupiać się podczas meczy bardziej na twarzach zawodników.
– hej – powiedział ostrożnie, zerkając na kwiaty, które Luis trzymał nadal w dłoniach. – ktoś umarł? – zainteresował się.
oczy mężczyzny zrobiły się wielkie jak spodki, a potem spojrzał na bukiet i znowu na Frana. i zaczął się śmiać, więc ostatnie kilka dni to nie był przypadek. co gorsza Luis wyglądał jeszcze cudowniej, kiedy jego twarz rozświetlała się w ten sposób. Fran wątpił, aby udało mu się przetrwać ten wieczór, jeśli mieli rozśmieszać się wzajemnie z równą częstotliwością, co poprzednio.
kwiaty zostały mu zresztą wciśnięte w ręce.
– moja siostra wrzuciła mi je do samochodu – przyznał Suárez, drapiąc się nerwowo po szyi.
– twoja siostra kupiła dla mnie kwiaty? – upewnił się.
brwi Luisa poruszyły się jakoś dziwnie. bez czapeczki, która zasłaniała twarz mężczyzny, Fran miał doskonały wgląd w jego mimikę. a te brwi wyglądały, jakby prowadziły własne życie i to dość interesujące.
– uhm – wyrwało się Luisowi. – można tak uznać – stwierdził.
– podziękuj jej – rzucił, a potem spojrzał podejrzliwie na Suáreza. – czy ja jestem zaraźliwy? – zastanowił się.
– co? – zdziwił się facet.
– przyniosłeś dla mnie kwiaty od swojej siostry, to wygląda na zagranie w moim stylu. coś co mógłbym zrobić, gdybym oczywiście miał siostrę – wyjaśnił. – Daniel jest prawie laską, ale gdybyś dostał od niego cokolwiek, miałoby bardziej czujnik GPS, dzięki któremu upewniłby się, że jesteś bezpieczny przynajmniej do następnego meczu.
Luis uśmiechnął się do niego szeroko.
– dalej sądzi, że chcesz mnie porwać? – zakpił mężczyzna.
– dostałem kwiaty od twojej siostry. jeszcze to przemyślę – odparł. – poza tym Daniel nie widzi żadnego innego powodu, dla którego miałbym się umawiać z kimś z Barcy – prychnął.
– czyli skoro jesteś tutaj dzisiaj, znaczy, że jakiś istnieje? – zainteresował się Luis.
Fran otworzył usta, a potem je zamknął, ponieważ ten błąd popełnił już kilka razy. Luis zaśmiał się jednak krótko.
– jednak mój tyłek – odgadł Suárez.
nie wydawał się jednak urażony tym lekkim uprzedmiotowieniem. Fran spojrzał mu więc prosto w oczy i uśmiechnął się lekko, ponieważ faktycznie pośladki Luisa stanowiły całkiem odrębny temat jego fantazji jeszcze zanim się poznali. odkąd jednak zobaczył twarz mężczyzny bez tej okropnej czapeczki z daszkiem, dostrzegał o wiele więcej interesujących szczegółów. na przykład brwi, które znowu poruszały się w ten dziwny sposób.
spodziewał się, że jedynie wejdą na murawę, ale Luis wyciągnął piłkę i dwie rękawice ze swojej sportowej torby. Fran odłożył kwiaty na jedno z krzesełek i zaczął podwijać rękawy koszuli, ponieważ na pewno nie zamierzał poddać się bez walki.
– zawsze chciałeś grać? – spytał ciekawie.
– chciałem studiować – odparł Luis. – stypendium sportowe – wyjaśnił krótko. – cała reszta to przypadek.
– czyli jesteś dobry przez przypadek? – prychnął Fran, nie wierząc mu ani przez chwilę. – fałszywa skromność to okropieństwo – rzucił.
– a twoja wyhiperbolizowana wrogość w stosunku do Barcy? – zakpił Luis, rzucając mu piłkę.
oddalali się od siebie z każdą chwilą.
Fran kopnął odrobinę mocniej, wydymając usta.
– nic nie jest hiperbolizowane. Barca jest fatalna! – krzyknął.
– dlatego zasugerowałeś, że jestem dobry? – spytał Luis.
– dobry jak na Barce – prychnął, bo to było całkiem oczywiste.
– mamy też lepsze tyłki – przypomniał mu Luis.
– ale krzywe nogi – rzucił i to było trochę dziecinne. – dobra. może nie jesteście aż tacy źli, ale jeśli powiesz komukolwiek, że te słowa padły z moich ust, skończę cię. mój ojciec nie może się dowiedzieć. nie chcę dostać waszej koszulki na urodziny – jęknął.
– czyli jeśli powiem, że mam dla ciebie piłkę podpisaną przez wszystkich zawodników… – zaczął Luis ostrożnie.
– następną randkę będziesz miał z moim ojcem – poinformował go Fran, ani przez chwilę nie żartując.
– naprawdę wystawiłbyś mnie? – zdziwił się Luis.
– nie, nie miałbym innego wyjścia – prychnął, przewracając oczami. – nie doceniasz siły miłości do sportu w mojej rodzinie. – urwał kiwając głową.
– może wystarczy mu, że spotykasz się z kimś z Barcy? – rzucił Luis.
Fran skrzywił się, chociaż musiał przyznać, że ta wizja zapewne mogła przemówić do wyobraźni jego rodzica.
– będzie chciał coś za mnie wynegocjować – stwierdził
Luis uśmiechnął się szeroko.


w zasadzie nie przypominał sobie, kiedy ostatnio czuł się tak dobrze w czyimś towarzystwie. może tajemnica tkwiła w tym, że powiedział Luisowi Suárez wszystko, co najgorsze mógł, więc niewiele zostało do zepsucia. Suárez zresztą wydawał się mieć swoje własne problemy w drodze komunikacji i może dlatego Daniel mówił, że facet przeważnie milczał podczas wywiadów.
gdyby nie jego powiązanie z drużyną, Fran pomyślałby, że to całkiem zwykły facet. może trochę dziwny, ale kim był Fran, aby kogokolwiek oceniać. zresztą nigdy wcześniej nie dostał kwiatów i chociaż odmawiał traktowania siebie jako laski w tym związku, totalnie doceniał sentyment. musiał tylko jeszcze jakoś przemycić ten bukiet do akademika i znaleźć dobre wyjaśnienie, żeby Daniel przestał go gnębić.
z góry spisał całą akcję na straty.
– zawsze chciałeś studiować prawo? – spytał Luis.
– mniej więcej od czasu, kiedy namówiłem Daniela podczas obozu footballowego na szukanie ciała w lesie – odparł.
– chryste – wyrwało się Luisowi.
– znaleźliśmy je – dodał. – a potem miejscowy posterunkowy znalazł nas. Daniel wrzeszczał tak głośno, że ściągnęliśmy na siebie całą ekipę poszukiwawczą.
Luis prychnął, jakby nie był wcale zaskoczony.
– nie powiesz mi, że w szkole średniej nigdy nie zrobiłeś niczego głupiego – odparł Fran.
Luis wzruszył ramionami i chociaż trzymał piłkę między nogami, tym razem nie kopnął jej od razu, przyglądając mu się w zamian z dziwną intensywnością. miał wrażenie, że nastąpiło między nimi jakieś dziwne przepięcie.
– nosiłem aparat i nie wychodziłem z biblioteki, jeśli nie musiałem – powiedział Luis i Fran miał ochotę zaśmiać się i powiedzieć mu, że nie wierzy w ani jedno słowo, ale Suárez mówił całkiem poważnie. – jestem pewien, że nikt nie ukradł mi śniadania tylko dlatego, że moja starsza siostra w zasadzie zastraszała wszystkich.
kącik ust Luisa drgnął lekko.
– ta siostra od kwiatów? – upewnił się.
– nie. siostra od kwiatów to młodsza siostra – odparł Luis. –  An María jest starsza. Paola kupiła kwiaty.
– dwie siostry – stwierdził. – musiałeś mieć przyjemne dzieciństwo – rzucił niezobowiązująco.
Luis przewrócił oczami.
– nikt nie zaczepiał mnie w szkole tylko dlatego, że An María już była wielkim wrzodem na tyłku – poinformował go kwaśno Suárez.
– nie przesadzaj, nie mogło być aż tak źle – prychnął Fran.
– nazywała mnie Luis–Bear i przekonała moją matkę, że nie ma sensu, żebym zapraszał kogokolwiek na bal, bo ona z chęcią się przejdzie – rzucił Luis. – przez całą imprezę całowała się w schowku woźnego z praktykantką od chemii.
– chryste – wyrwało się Franowi, a potem zaczął się śmiać.
– jestem niemal pewny, że mnie obie tutaj śledziły, więc lepiej, żebyś się zachowywał – ostrzegł go lojalnie Luis.

czwartek, 8 czerwca 2017

5

Fran obudził się rano ze świadomością, że stało się coś bardzo złego. przede wszystkim jego ręka była popisana flamastrem, a telefon przylegał ściśle do jego policzka. był pewien, że część klawiszy odcisnęła się na jego skórze. Daniel przyglądał mu się podejrzliwie z drugiego łóżka, jakby doskonale wyczuwał, że coś jest grane. może ta dojmująca cisza go upewniała w swoim przeświadczeniu Fran nie zamierzał zaprzeczać. ślady na jego skórze po mazaku były dostatecznym dowodem.
– koleś nie! – jęknął Daniel, jakby jego snem zasnuty umysł nareszcie poskładał wszystkie fakty.
dowody w końcu świadczyły przeciwko niemu.
Daniel rzucił w niego poduszką, ale nie zamierzał się za bardzo nawet uchylać. przynajmniej zaczynał odzyskiwać część swojej pościeli. a może i przyszłą amunicję. skoro przeciwnik popełniał błędy – należało mu na to pozwolić w ciszy.
– to twoja wina! – odkrzyknął. – cały czas mówiłeś, że go porwę albo uszkodzę przed meczem!
Daniel zakrył swoją twarz dłońmi, jakby to miało mu jakoś pomóc z pogodzeniem się z rzeczywistością. a może się ukrywał przed światem. Fran nie był pewien o tej porze dnia. tak czy siak – sposób nie był zbyt skuteczny.
– Fran – jęknął ponownie jego przyjaciel.
najwyraźniej mieli porozumiewać się w ten sposób, dopóki któryś z nich nie wstanie z łóżka, aby zmierzyć się z faktami. Fran faktycznie nie miał dobrej passy przez ostatnie dni, ale to nie była do końca tylko jego wina.
– poprosił mnie, żebym wysłał mu swoje zdjęcie – rzucił w ramach jedynej obrony, na jaką było go stać.
– po cholerę mu twoje zdjęcie? – spytał Gomez, budząc się nagle, a potem na jego twarzy pojawił się wyraz obrzydzenia. – ale wiesz… nie jak zdjęcie twojego...? – zawahał się.
Fran z przerażeniem zdał sobie sprawę, że o tym również napomknął podczas ich nocnej rozmowy.





schował się w łazience, ponieważ to było jedyne prywatne miejsce w całym budynku. pewnie biblioteka również zapewniłaby mu pustkę i ciszę, ale gdyby ktokolwiek tam przyłapał go z telefonem, Marin Morell zapewne zbanowałaby go do końca semestru na korzystanie z ich księgozbioru, a na to nie mógł sobie pozwolić. poza tym nie było nikogo na kampusie kto nie bałby się stanąć z nią twarzą w twarz.
Luis odebrał od niego niemal od razu i to wydało mu się podejrzane.
– czy ty w ogóle śpisz? – spytał zamiast się przywitać.
Suárez prychnął do słuchawki. to zapewne nie był normalny początek rozmowy.
– po co ci moje zdjęcie? – zainteresował się w zamian.
– do przepustki na stadion, co przypomina mi, że nie spytałem cię jak się nazywasz – rzucił Luis.
Fran wydał z siebie długi dźwięk, który mógł być jękiem. jeśli Luis potrzebował jego danych osobowych, to rodziło pewne trudności.
– moje imię to nie ‘Fran’ – zaczął ostrożnie i powoli.
– chyba mi ulżyło. zaczynałem się zastanawiać co jest nie tak z twoimi rodzicami – odparł Luis.
– chciałbym, żeby nazwali mnie Fran, poważnie – dodał pospiesznie.
– chryste, jest aż tak źle? – zaśmiał się Luis.
– nie, w zasadzie nie. oficjalnie istnieje ponad czterdzieści milionów ludzi, którzy potrafią to wypowiedzieć poprawnie – ciągnął dalej, starając się brzmieć w miarę normalnie. – w tym problem, że mieszkają w Europie Środkowo-Wschodniej – zakończył.
i nie był zaskoczony ciszą w słuchawce. Suárez roześmiał się krótko i dźwięcznie.
– chryste – powtórzył Luis.
– nie martw się. wyślę ci je smsem, kiedy tylko przepiszę je z dowodu tożsamości, przeklinając moich przodków oraz ich przodów i przodków ich przodków – dodał. – więc jesteś katolikiem – rzucił jeszcze. – Barca i katolik. mój ojciec będzie przeszczęśliwy.
– planujesz już poznać mnie ze swoim ojcem? – zdziwił się Luis.
chociaż nie brzmiał na przerażonego.
– nie, ale na pewno mój ojciec byłby wniebowzięty, gdyby był na moim miejscu – przyznał całkiem szczerze.
– wiesz, jeśli nie chcesz spotkać się na stadionie… – zaczął niepewnie Luis.
– nie, nie – wszedł mu pospiesznie w słowo. – wolałbym Diega Costę, co jest oczywiste, ale nie jesteś Atletico i zaczynam się z tym oswajać – przyznał. – poza tym kto normalny zrezygnowałby z czegoś podobnego? – dodał, nie próbując nawet hamować swojego entuzjazmu. – nawet, jeśli mówimy o stadionie Barcelony.
– nie pozwolę ci nasikać na naszą murawę – ostrzegł do Luis.
Fran prychnął obruszony.
– nie rozbieram na pierwszej randce – odparł z pewnością w głosie.
– nawet po to, żeby nasikać na stadion Barcy? – spytał Luis, jakby akurat ten element miał zmienić jego zdanie w tej kwestii.
i może kusiło go odrobinę, ale zasady pozostawały zasadami.
– tak mnie zastanawia… - ciągnął dalej Luis. – nie poznałeś mnie… – urwał. – nie miałeś pojęcia jak wyglądam?
Fran odchrząknął.
– chryste, nie miałeś w ogóle pojęcia jak wyglądam – powtórzył Suárez kompletnie rozbawiony. – naprawdę patrzysz tylko na nasze tyłki?
– hej! Atletico grają cudownie! kogo obchodzi jak wyglądacie – próbował się bronić, ale śmiech mężczyzny po drugiej stronie linii powiedział mu, że to nie był najlepszy argument. – nie jesteś Diego Costa – dodał naburmuszony.
– bardzo cieszę się, że nie jestem Diego – odparł Luis. – ma męża – przypomniał mu.





Fran uznałby, że flirtowali, ale ich rozmowy nie trzymały się żadnych zasad. miał wrażenie, że jeszcze nikogo nie obrażał przez dwa dni z rzędu w tak podstępny sposób, ale Luisowi wydawało się to odpowiadać. możliwe, że Suárez był po prostu masochistą, czego Fran nie zamierzał mu mówić. nasikanie na stadion bowiem było dokładnie tym, co planował jeszcze kilka lat wcześniej, kiedy Barcelona odebrała Atletico tytuł Mistrzów. Daniel powstrzymał go wtedy, przyszpilając do łóżka w swoim pokoju. a miał tak doskonały plan.
teraz był jednak dorosły. nasikałby na murawę tylko, gdyby sytuacja się powtórzyła w tym sezonie i gdyby stężenie alkoholu w jego krwi byłoby zbyt wysokie. nikt nie mógłby go winić. nawet jego podświadomość nienawidziła Barcy.
z pewnym wahaniem wysłał Luisowi swoje imię i nazwisko. czekał dobrych kilka minut zanim nadeszła odpowiedź i to naprawdę nie było coś, czego się spodziewał.

naprawdę kocham swoich rodziców.

spadaj – odesłał niemal od razu.

imię, które się nosiło wcale nie zależało od miłości rodzicielskiej. chociaż on podejrzewał, że jego ojciec chciał się jednak zemścić, jakby podejrzewał, że Fran nie da mu spać przez następne pół roku po swoich narodzinach. a może to on odgrywał się za to długie coś, czego sam nigdy nie literował. totalnie wierzył, że nawet jako noworodek wiedział co jest grane.

wracam dzisiaj do Barcelony. mamy trening jutro.

odnosił wrażenie, że Luis otwierał się przed nim. a przynajmniej nie uważał go za wariata. chociaż Fran nie miał całkiem zwyczajnego poczucia humoru. mógł udawać przez te wszystkie lata, że na tym polegał jego urok, ale Luis wydawał się faktycznie zafascynowany. i nie miał pojęcia co z tym zrobić.

czy to oznacza, że przestaniesz do mnie dzwonić w środku nocy? nie wiem czy zostało jeszcze coś żenującego, co mógłbym ci powiedzieć. -- spodziewał się odpowiedzi, ale kiedy ta nie nadeszła od razu, zdał sobie sprawę, że przecież stref czasowych nie było w ogóle.

czekaj, specjalnie dzwoniłeś do mnie w środku nocy?

za pierwszym razem to był wypadek – napisał Luis.

zapłacisz mi za to – zagroził.

nie będziesz sikał na naszą murawę.

nawet się nie zorientujesz.

chryste, wezmę dla ciebie autograf Torresa po następnym meczu – Fran zamarł, trochę zaskoczony.

i nie nasikam na murawę na Ciudad Deportiva

nie zrobiłbyś tego!

chcesz ryzykować?

to było bardzo dobre pytanie. i Fran totalnie nie chciał.