czwartek, 8 czerwca 2017

5

Fran obudził się rano ze świadomością, że stało się coś bardzo złego. przede wszystkim jego ręka była popisana flamastrem, a telefon przylegał ściśle do jego policzka. był pewien, że część klawiszy odcisnęła się na jego skórze. Daniel przyglądał mu się podejrzliwie z drugiego łóżka, jakby doskonale wyczuwał, że coś jest grane. może ta dojmująca cisza go upewniała w swoim przeświadczeniu Fran nie zamierzał zaprzeczać. ślady na jego skórze po mazaku były dostatecznym dowodem.
– koleś nie! – jęknął Daniel, jakby jego snem zasnuty umysł nareszcie poskładał wszystkie fakty.
dowody w końcu świadczyły przeciwko niemu.
Daniel rzucił w niego poduszką, ale nie zamierzał się za bardzo nawet uchylać. przynajmniej zaczynał odzyskiwać część swojej pościeli. a może i przyszłą amunicję. skoro przeciwnik popełniał błędy – należało mu na to pozwolić w ciszy.
– to twoja wina! – odkrzyknął. – cały czas mówiłeś, że go porwę albo uszkodzę przed meczem!
Daniel zakrył swoją twarz dłońmi, jakby to miało mu jakoś pomóc z pogodzeniem się z rzeczywistością. a może się ukrywał przed światem. Fran nie był pewien o tej porze dnia. tak czy siak – sposób nie był zbyt skuteczny.
– Fran – jęknął ponownie jego przyjaciel.
najwyraźniej mieli porozumiewać się w ten sposób, dopóki któryś z nich nie wstanie z łóżka, aby zmierzyć się z faktami. Fran faktycznie nie miał dobrej passy przez ostatnie dni, ale to nie była do końca tylko jego wina.
– poprosił mnie, żebym wysłał mu swoje zdjęcie – rzucił w ramach jedynej obrony, na jaką było go stać.
– po cholerę mu twoje zdjęcie? – spytał Gomez, budząc się nagle, a potem na jego twarzy pojawił się wyraz obrzydzenia. – ale wiesz… nie jak zdjęcie twojego...? – zawahał się.
Fran z przerażeniem zdał sobie sprawę, że o tym również napomknął podczas ich nocnej rozmowy.





schował się w łazience, ponieważ to było jedyne prywatne miejsce w całym budynku. pewnie biblioteka również zapewniłaby mu pustkę i ciszę, ale gdyby ktokolwiek tam przyłapał go z telefonem, Marin Morell zapewne zbanowałaby go do końca semestru na korzystanie z ich księgozbioru, a na to nie mógł sobie pozwolić. poza tym nie było nikogo na kampusie kto nie bałby się stanąć z nią twarzą w twarz.
Luis odebrał od niego niemal od razu i to wydało mu się podejrzane.
– czy ty w ogóle śpisz? – spytał zamiast się przywitać.
Suárez prychnął do słuchawki. to zapewne nie był normalny początek rozmowy.
– po co ci moje zdjęcie? – zainteresował się w zamian.
– do przepustki na stadion, co przypomina mi, że nie spytałem cię jak się nazywasz – rzucił Luis.
Fran wydał z siebie długi dźwięk, który mógł być jękiem. jeśli Luis potrzebował jego danych osobowych, to rodziło pewne trudności.
– moje imię to nie ‘Fran’ – zaczął ostrożnie i powoli.
– chyba mi ulżyło. zaczynałem się zastanawiać co jest nie tak z twoimi rodzicami – odparł Luis.
– chciałbym, żeby nazwali mnie Fran, poważnie – dodał pospiesznie.
– chryste, jest aż tak źle? – zaśmiał się Luis.
– nie, w zasadzie nie. oficjalnie istnieje ponad czterdzieści milionów ludzi, którzy potrafią to wypowiedzieć poprawnie – ciągnął dalej, starając się brzmieć w miarę normalnie. – w tym problem, że mieszkają w Europie Środkowo-Wschodniej – zakończył.
i nie był zaskoczony ciszą w słuchawce. Suárez roześmiał się krótko i dźwięcznie.
– chryste – powtórzył Luis.
– nie martw się. wyślę ci je smsem, kiedy tylko przepiszę je z dowodu tożsamości, przeklinając moich przodków oraz ich przodów i przodków ich przodków – dodał. – więc jesteś katolikiem – rzucił jeszcze. – Barca i katolik. mój ojciec będzie przeszczęśliwy.
– planujesz już poznać mnie ze swoim ojcem? – zdziwił się Luis.
chociaż nie brzmiał na przerażonego.
– nie, ale na pewno mój ojciec byłby wniebowzięty, gdyby był na moim miejscu – przyznał całkiem szczerze.
– wiesz, jeśli nie chcesz spotkać się na stadionie… – zaczął niepewnie Luis.
– nie, nie – wszedł mu pospiesznie w słowo. – wolałbym Diega Costę, co jest oczywiste, ale nie jesteś Atletico i zaczynam się z tym oswajać – przyznał. – poza tym kto normalny zrezygnowałby z czegoś podobnego? – dodał, nie próbując nawet hamować swojego entuzjazmu. – nawet, jeśli mówimy o stadionie Barcelony.
– nie pozwolę ci nasikać na naszą murawę – ostrzegł do Luis.
Fran prychnął obruszony.
– nie rozbieram na pierwszej randce – odparł z pewnością w głosie.
– nawet po to, żeby nasikać na stadion Barcy? – spytał Luis, jakby akurat ten element miał zmienić jego zdanie w tej kwestii.
i może kusiło go odrobinę, ale zasady pozostawały zasadami.
– tak mnie zastanawia… - ciągnął dalej Luis. – nie poznałeś mnie… – urwał. – nie miałeś pojęcia jak wyglądam?
Fran odchrząknął.
– chryste, nie miałeś w ogóle pojęcia jak wyglądam – powtórzył Suárez kompletnie rozbawiony. – naprawdę patrzysz tylko na nasze tyłki?
– hej! Atletico grają cudownie! kogo obchodzi jak wyglądacie – próbował się bronić, ale śmiech mężczyzny po drugiej stronie linii powiedział mu, że to nie był najlepszy argument. – nie jesteś Diego Costa – dodał naburmuszony.
– bardzo cieszę się, że nie jestem Diego – odparł Luis. – ma męża – przypomniał mu.





Fran uznałby, że flirtowali, ale ich rozmowy nie trzymały się żadnych zasad. miał wrażenie, że jeszcze nikogo nie obrażał przez dwa dni z rzędu w tak podstępny sposób, ale Luisowi wydawało się to odpowiadać. możliwe, że Suárez był po prostu masochistą, czego Fran nie zamierzał mu mówić. nasikanie na stadion bowiem było dokładnie tym, co planował jeszcze kilka lat wcześniej, kiedy Barcelona odebrała Atletico tytuł Mistrzów. Daniel powstrzymał go wtedy, przyszpilając do łóżka w swoim pokoju. a miał tak doskonały plan.
teraz był jednak dorosły. nasikałby na murawę tylko, gdyby sytuacja się powtórzyła w tym sezonie i gdyby stężenie alkoholu w jego krwi byłoby zbyt wysokie. nikt nie mógłby go winić. nawet jego podświadomość nienawidziła Barcy.
z pewnym wahaniem wysłał Luisowi swoje imię i nazwisko. czekał dobrych kilka minut zanim nadeszła odpowiedź i to naprawdę nie było coś, czego się spodziewał.

naprawdę kocham swoich rodziców.

spadaj – odesłał niemal od razu.

imię, które się nosiło wcale nie zależało od miłości rodzicielskiej. chociaż on podejrzewał, że jego ojciec chciał się jednak zemścić, jakby podejrzewał, że Fran nie da mu spać przez następne pół roku po swoich narodzinach. a może to on odgrywał się za to długie coś, czego sam nigdy nie literował. totalnie wierzył, że nawet jako noworodek wiedział co jest grane.

wracam dzisiaj do Barcelony. mamy trening jutro.

odnosił wrażenie, że Luis otwierał się przed nim. a przynajmniej nie uważał go za wariata. chociaż Fran nie miał całkiem zwyczajnego poczucia humoru. mógł udawać przez te wszystkie lata, że na tym polegał jego urok, ale Luis wydawał się faktycznie zafascynowany. i nie miał pojęcia co z tym zrobić.

czy to oznacza, że przestaniesz do mnie dzwonić w środku nocy? nie wiem czy zostało jeszcze coś żenującego, co mógłbym ci powiedzieć. -- spodziewał się odpowiedzi, ale kiedy ta nie nadeszła od razu, zdał sobie sprawę, że przecież stref czasowych nie było w ogóle.

czekaj, specjalnie dzwoniłeś do mnie w środku nocy?

za pierwszym razem to był wypadek – napisał Luis.

zapłacisz mi za to – zagroził.

nie będziesz sikał na naszą murawę.

nawet się nie zorientujesz.

chryste, wezmę dla ciebie autograf Torresa po następnym meczu – Fran zamarł, trochę zaskoczony.

i nie nasikam na murawę na Ciudad Deportiva

nie zrobiłbyś tego!

chcesz ryzykować?

to było bardzo dobre pytanie. i Fran totalnie nie chciał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz