niedziela, 21 maja 2017

4

Fran nie do końca wiedział jak rozumieć sytuację. przede wszystkim Luis napisał do niego jeszcze tego samego ranka, jakby obawiał się, że ich nocna rozmowa faktycznie wyleciała mu z głowy. ślady markera jednak nie były takie łatwe do zmycia i nosił je do późnego wieczora, kiedy to trzeci prysznic i ostre szorowanie pozbawiły go tego dowodu wstydu.
Suárez nie pisał wiele. przeważnie były to krótkie hasła jak komentarz na temat fatalnej pogody w Madrycie. i kilka naprawdę obraźliwych uwag na temat Atletico, czego Fran nie zamierzał mu podarować. wiedział, że to tylko słowne przepychanki, ale lojalność nakazywała bronić mu ulubionej drużyny. poza tym Luis wydawał się rozbawiony każdą jego odpowiedzią, co Fran nie zdarzyło się nigdy wcześniej.
gdyby jeszcze tydzień temu ktoś zasugerowałby mu, że doprowadzi Luisa Suárez do śmiechu, przewróciłby oczami i kazałby się tej osobie leczyć u najbliższego psychoterapeuty. Luis nie miał zbyt dobrych kontaktów z ludźmi, ponieważ nie rozumieli jego poczucia humoru oraz oddania jedynej prawdziwej drużynie Mistrzów. i może Barca miała fajniejsze tyłki i pochodzili z najlepszego miasta świata, ale to dalej nie dawało im przewagi nad najstarszym klubem w dziejach historii hiszpańskiego footballu. jakby tego było mało Fernando Torres miał w sobie naprawdę coś, co przyciągało uwagę i jeśli ktoś nie podkochiwał się w jego wiecznie nieogolonej twarzy coś było z nim po prostu nie tak.
– Fran? – dobiegło z drugiego łóżka, więc zamrugał i spojrzał na Daniela odrobinę przytomniej. – wymyślasz nowe sposoby na to jak go obrazić? – spytał jego przyjaciel i Fran powinien zastanowić się nad przyszłością tej znajomości.
Gómez ewidentnie był dupkiem. spodziewał się żartów ze strony chłopaka, ale najwyraźniej jego kumpel uważał, że zgoda na randkę z Louisem Suárez oznaczała, że Barcelona jednak była górą. jakby Fran na to kiedykolwiek pozwolił.
– och, zamknij się – jęknął, rzucając w przyjaciela poduszką.

Luis Suárez był piłkarzem FC Bracelony. to jakoś nie chciało wyjść z jego głowy. nie miał krzywych nóg. akurat w tej kwestii żartował, ale jego tyłek był dziełem sztuki w tych spodenkach, w których przeważnie wychodzili na boisko. może też dlatego, że zawsze patrzył na ich pośladki rzadko który znajomy był mu z twarzy. i tak nie polował na ich autografy, koczując bardziej pod szatnią Atletico. pewnie to była jedna z tych rzeczy, których nie powinien mówić Luisowi, więc czekał tylko na chwilę, kiedy jego gadulstwo sprowadzi na niego kolejne nieszczęście.
w połowie ich dziwna znajomość składała się ze słów, których nigdy nie powinien był powiedzieć. i paradoksalnie miał wrażenie, że to właśnie Luisa do niego przyciągnęło. co tylko oznaczało, że z Suárezem było coś tak bardzo nie tak.

dlaczego Atletico? -- wysłał Luis.

i to nie było pierwsze przypadkowe pytanie, które dostał. porozumiewali się w ten sposób od rana. Luis nie dzwonił, jakby kolejna rozmowa miała cokolwiek pogorszyć. Fran nie wyobrażał sobie większego zażenowania niż to, które poczuł tego poranka. Daniel zresztą miał mu nie dać o tym długo zapomnieć.
mógł napisać cokolwiek, ale nie miał pojęcia jak sprawa się miała z tyłkami barcelończyków. nie był też do końca przekonany czy noga Costy po kontuzji nie była lekko krzywa.

mój tata mieszkał w Madrycie – napisał,

zastanawiając się czy dodać, że spotkali się z ojcem na meczu jako fani przeciwnych drużyn i jego tata wykrzykiwał wiele wulgarnych obelg w kierunku barcy.
skądś jego amunicja w końcu musiała pochodzić.
nie wiedział jak ich rozmowa zrobiła się nagle taka osobista, ale Luis długo nie odpisywał, jakby wiedział, że za tym kryła się dłuższa historia. nie chciał wchodzić w szczegóły. to nie do końca była jego opowieść. jego ojciec zresztą opowiadał to o wiele lepiej.

Antoine Griezmann ma skoliozę i kiedy biega połowa jego ciała śmiesznie się rusza. nie widać tego w kamerach, ale na boisku można paść ze śmiechu – odpisał Luis.
i Fran pewnie nie powinien był się spodziewać niczego innego.

dupek -- wysłał jedynie, nie bawiąc się nawet w emotikony.


Daniel przyglądał mu się badawczo następnego dnia. Fran pewnie nie zwróciłby na to uwagi, gdyby nie zdumiewająca cisza, która przeważnie nie panowała w ich pokoju. gdyby nie wiedział inaczej, pomyślałby, że horror sesji powrócił i zapomniano mu o tym powiedzieć, ale paznokcie Daniela odrosły od skóry i nie wyglądały już jakby Gomez był torturowany przez koreański wywiad. nigdy nie spodziewał się, że będą się aż tak denerwowali, ale jego bezsenność była niczym w porównaniu z nerwowymi nawykami Daniela, które nagle wszystkie spadły im na głowę.
– poważnie zamierzasz się z nim spotkać? – spytał jego przyjaciel.
Fran uniósł brew.
– tak – odparł.
Daniel zbił usta w wąską kreskę.
– za dwa tygodnie grają z wami – przypomniał mu Gomez całkiem niepotrzebnie.
Fran był całkiem tego świadom. zamierzał ten dzień spędzić przed telewizorem w mieszkaniu z ojcem i z prażoną kukurydzą. w planach miał złorzeczenie i krzyki, czyli nic czego nie spodziewaliby się sąsiedzi w tak trudnym dla Gomezów dniu.
– jeśli planujesz go uszkodzić… – zaczął Daniel ostrożnie.
i do Frana dopiero teraz dotarło o czym mówił Gomez. i to było tak abstrakcyjne, że nie mógł się nie roześmiać.
– nie, nie planuję go również porwać – prychnął. – Atletico nie potrzebują podstępu, żeby wygrać.
– ostatni mecz… – zaczął Daniel.
– zamilknij się. nie chcę rozmawiać o ostatnim meczu – jęknął.
Luis oczywiście zdradził mu wynik, kiedy wychodził z baru. Fran jednak do ostatniej piłki miał nadzieje, ale okazały się płonne. Suárez zresztą musiał wiedzieć jak skończy się to spotkanie, skoro to on był głównym powodem porażki Atletico. Fran nie był jednak, aż tak zdesperowany, żeby w tak haniebny sposób pozbywać Barcelony ich zawodnika.
– ostatni mecz… – spróbował jeszcze raz Gomez.
Fran rzucił w niego poduszką, orientując się nagle, że ta poprzednia nie wróciła, więc pozostał prawie bez pościeli, a co gorsza amunicji. zawsze mógł użyć podręcznika do Prawa Karnego zamiast broni miękkiej, ale jeszcze nie przekroczyli granicy, w której należało utoczyć krwi przeciwnikowi.
– nie chcę rozmawiać o ostatnim meczu – jęknął przykrywając się kołdrą. – myślmy o przyszłości. przeszłość się nie liczy.
– jasne, ponieważ jeśli wygracie następne spotkanie wcale nie zrobisz mi z życia piekła – prychnął Daniel.
Fran nie mógł mu niczego obiecać.

kolejny telefon obudził go w środku nocy i pewnie powinien był wyłączyć swoją komórkę. Fran pochrapywał na łóżku obok, więc wymruczał coś do słuchawki, przecierając twarz.
– potrzebne mi twoje zdjęcie – rzucił dobrze znany mu głos.
jego szare komórki chyba się przepalały ponownie od braku snu.
– nie zamierzam cię porwać, obiecuję. to nie byłoby fair play. nie potrzebujemy tego, żeby wygrać. nawet z tobą na boisku Baca nie ma szans – ziewnął do słuchawki.
przez chwilę po drugiej stronie panowała dobrze znajoma mu cisza.
– to chyba miło wiedzieć. znaczy… co? – spytał Luis.
– Daniel się boi, że cię uszkodzę, żebyś nie grał w kolejnym meczu. to jest jednak niekonieczne. Atletico są w świetnej formie – wyjaśnił cierpliwie, przytulając się drugim policzkiem do swojej kołdry.
z jakiegoś powodu Luis za nim nie nadążał. a przecież to było całkiem oczywiste. Atletico byli świetni. tylko ślepi nie potrafili dostrzec zalet napastników jego drużyny. a przecież Luis grał przeciwko nim już nie raz, więc widział ich w akcji na własne oczy. i z bliska, co było jeszcze ważniejsze. skolioza Griezmanna nie miała większego znaczenia, kiedy przychodziło do gry. a nawet jeśli śmiesznie biegał, przecież to odwracało uwagę przeciwników. i Fran był wniebowzięty.
– co to ma wspólnego z twoim zdjęciem? – spytał Luis.
– jakim zdjęciem? – zainteresował się.
– tym, które mi wyślesz – rzucił Suárez.
– hmmm… – wymruczał. – wiesz, zawsze możesz przekazać moje zdjęcie policji i powiedzieć, że jak nie pojawisz się na meczu to ja będę za to odpowiedzialny – stwierdził.
Daniel pewnie zrobiłby właśnie tak.
Luis zaśmiał się do słuchawki. i Fran zaczynał się przyzwyczajać do tego dźwięku.
– czekaj – zaczął. – to nie jest jedna z tych sytuacji, gdzie prosisz mnie o nagie zdjęcie? bo wiesz, jestem synem policjanta… – ziewnął.
– wiem – wszedł mu w słowo Luis. – i obiecuje ci nic nie sypnąć do drinka.
– to miłe – stwierdził.
Luis śmiał się dalej, więc Fran naciągnął na siebie mocniej kołdrę. Daniel nie oddał mu poduszek. i pewnie powinien był przemyśleć sprawę z rzucaniem nimi. Gómez w końcu był dupkiem.
– wyślij mi jutro zdjęcie – powiedział nagle Luis.
– okej – zgodził się, ponieważ nie widział powodu do sprzeciwu.
– chcesz to zapisać? – zainteresował się Suárez.
– yhym – ziewnął, sięgając na ślepo w stronę szafki.
Luis prychnął, co było całkiem czymś nowym. zaczynał tęsknić za tym śmiechem.
– dobranoc Fran – powiedział Suárez, kiedy zapadła między nimi dziwna cisza.
– yhym – zgodził się, nakrywając kołdrą.

wtorek, 9 maja 2017

3

Fran obudził się tak wcześnie rano, że prawie sądził, że to jeszcze noc. jego telefon wibrował tuż obok jego ucha, na nocnej szafce, trącając sobą w szklankę. pewnie nie powinien był zostawiać nic do picia na noc albo chociaż wyłączyć telefon.
odebrał bez otwierania oczu i wydał z siebie długi jęk.
– obyś był w pierdlu, Perez. i na pewno cię z niego nie wyciągnę – warknął do słuchawki, w której zaległa podejrzana cisza.
wydał z siebie kolejny niezadowolony pomruk, bo Daniel chyba chciał się z nim bawić w ciuciubabkę. albo zdał sobie sprawę, że budzenie go o tej porze było równe z podpisaniem na siebie wyroku śmierci. właśnie miał o tym poinformować tego dupka, gdy w słuchawce usłyszał głośne chrząknięcie.
– Fran? – spytał ktoś.
podniósł się na łóżku i zamarł, kiedy po drugiej stronie pokoju dostrzegł znajomy kształt przyjaciela. Daniel spał w najlepsze. zerknął niepewnie na wyświetlacz i wciągnął powietrze głęboko do płuc trochę hiperwentylując.
– Luis? – zaryzykował.
śmiech, który rozległ się po drugiej stronie wydawał się pełen ulgi.
– tak – przyznał Suárez. – Luis. cieszę się, że nie pomyliłem numeru. to znaczy nie byłem pewien czy zadzwonisz, a kiedy wysiadłem z samolotu zdałem sobie sprawę, że miałem wyłączony telefon.
Fran starał się być dzielny, ale była czwarta nad ranem, a on nawet za dnia nie gadał z sensem. najchętniej obudziłby Pereza, żeby ten pisał mu tabliczki z kolejnymi zdaniami, ale Daniel o tej porze też nie nadawał się do niczego. nie, żeby Perez kiedykolwiek myślał prędko i składnie. to on był mózgiem ich paczki, co pewnie wiele o nich mówiło.
w słuchawce zaległa cisza i zdał sobie sprawę, że Luis przestał mówić.
– gdzie jesteś? – spytał, chcąc pokryć jakoś swoje zdenerwowanie.
– w Madrycie – odparł Luis.
– poważnie? – zdziwił się. – co robisz w Madrycie? przecież nie macie spotkania rewanżowego jeszcze przez następne trzy tygodnie – rzucił.
Luis zaśmiał się miękko.
– mówiłeś, że nie jesteś fanem, a nagle wiesz gdzie gramy za trzy tygodnie? – spytał mężczyzna.
– tylko dlatego, że gracie z nami – prychnął. – nie wyobrażaj sobie za dużo – dodał na wszelki wypadek.
ten śmiech brzmiał naprawdę miło.
– to co robisz w Madrycie? psujesz naszą murawę? to jest nielegalne. podobnie jak drapiący proszek w bokserkach – rzucił.
zaczynał uzależniać się od tego śmiechu. albo wariował, ponieważ była czwarta nad ranem, a on obudził się nie pierwszy raz. jeśli spał dzisiaj trzy godziny, to było maks.
Daniel oczywiście nie drgnął nawet podczas prowadzonej rozmowy. miał ochotę rzucić w Pereza poduszką tylko po to, aby cierpiał z nim solidarnie następnego dnia. poza tym Daniel zdobywał zawsze tę świetną kawę w kafeterii, korzystając ze swojego wrodzonego uroku oraz Felipe, który pracował tam w czasie wolnym.
– mam wykłady – wyjaśnił Luis.
i Fran słyszał o tym, że sportowcy prowadzili podobne zajęcia, ale jakoś nigdy nie przyszło mu do głowy, aby śledzić karierę kogokolwiek z barcy.
– wybaczam ci – stwierdził.
– miło to słyszeć – odparł Luis. – ale chodzi o ten wygrany mecz? – upewnił się.
– nie, tego ci nie wybaczę – prychnął Fran. – na głowę upadłeś?
– nie, ale nieźle biegam na tych krzywych nogach – stwierdził Luis.
– o mój Boże – jęknął Fran, ale oczywiście niebo nie otworzyło się, aby go pochłonąć.
nie potrzebował lustra, żeby wiedzieć, że się czerwieni. na swoje nieszczęście do końca się również wybudził. i to było równie nagłe co niemiłe.
nie był pewien jak długo milczał, ale Luis odchrząknął po drugiej strony słuchawki.
– tylko żartowałem – powiedział Suárez, jakby czuł się cholernie winny tego, że nagle wszystko stało się takie krępujące. – schrzaniłem to, prawda? – spytał niepewnie Suárez.
i na pewno nie tego spodziewał się Fran.
– uhm? znaczy to raczej ja pewnie nie powinienem tak o tobie mówić – rzucił niepewnie. – trochę mi głupio.
– pewnie nie powiedziałbyś tego mi prosto w twarz, gdybyś wiedział, że to ja – odparł Luis, jakby szukał dla niego wymówki.
– raczej bym ci to powiedział i tak – przyznał szczerze.
Luis znowu zaśmiał się miękko. i to na pewno nie było sprawiedliwe, że posiadacz takich mięśni i kości policzkowych, za które można byłoby zabić, nie rżał jak koń. jakaś równowaga powinna panować we wszechświecie.
– jesteś zabawny – stwierdził Luis.
– jesteś Barceloną – odparł, bo tylko to przyszło mu do głowy.
– czy to problem? – spytał Luis całkiem szczerze.
i Fran przypomniał sobie jak Suárez jeszcze kilka godzin wcześniej powiedział mu, że gdyby chciał się z kimś przespać, wystarczyłoby, aby pstryknął palcami. racjonalna część niego wiedziała, że Luis miał rację. na całym świecie byli wielbieni i adorowani. ich twarze wystawały na każdym rogu, a po tak spektakularnej wygranej ich notowania osiągnęły apogeum.
Fran nienawidził Barcy.
– nie chcesz się ze mną przespać – przypomniał sobie.
w słuchawce zaległa niespodziewana cisza.
a potem Luis znowu odchrząknął i zaczął się śmiać. te odgłosy miały jakiś tajemniczy rytm i sens. pewnie powinien w tym wyczytywać więcej, ale była czwarta nad ranem. i jeśli nie miał wyciągać Pereza z więzienia, pewnie powinien spać.
– nie chciałem ci niczego dorzucić do drinka – odparł Suárez.
– to chyba gra na twoją korzyść – przyznał Fran ostrożnie.
– dobrze wiedzieć, że coś jednak jest na moją korzyść – rzucił niby niezobowiązująco Luis, ale Fran znał teksty tego typu.
Alfa czekał na komplement.
– jesteś przystojny – przyznał więc, ponieważ nie był dupkiem. – ale dzwonisz do mnie o czwartej nad ranem – dodał, ponieważ Suárez owszem nie przemyślał wszystkiego.
– nie mam nic na swoje usprawiedliwienie – przyznał Luis.
nie wydawało się jednak, aby było mu przykro. a powinno. Fran kiedy mało spał, pił kawę. uwielbienie Daniela dla FC Barcelony miało spaść jutrzejszego dnia, ponieważ Perez nienawidził go w tym maksymalnie nadpobudliwym stanie.
– dlaczego dzwonisz do mnie o czwartej nad ranem? – spytał wprost.
– może nie mogłem się doczekać, żeby usłyszeć twój głos? – odbił piłeczkę Luis i pewnie to miało brzmieć romantycznie.
– to jest słabe – przyznał Fran.
– chciałem porozmawiać z tobą, zanim uciekniesz z krzykiem, że gram w Barcelonie – rzucił Suárez.
– bardziej prawdopodobne – stwierdził.
– mam nadzieję, że spotkamy się, kiedy wrócę do miasta i uznałem, że czwarta nad ranem daje mi największą przewagę. zgodzisz się zanim zdasz sobie sprawę, co się dzieje – zaryzykował Suárez.
– podstępne – przyznał Fran.
– ale czy się uda? – spytał Suárez.
– z pewnością – prychnął Fran na wpół świadomie, a potem zamarł. – zapraszasz mnie na randkę? – spytał z niedowierzaniem.
może znowu zaczął przysypiać ze słuchawką przy uchu. albo jeszcze się nie obudził tylko miał bardzo dziwny sen.
– za chwilę, ale już się zgodziłeś, więc się nie możesz wycofać – przypomniał mu pospiesznie Suárez.
– wycofać nie, ale do rana pewnie zapomnę – stwierdził Fran.
– wyjmij długopis i zapisz sobie na ręce, że jesteśmy umówieni pod stadionem barcy w najbliższy piątek o dziewiętnastej – poinformował go Luis.
Fran nabazgrał co mógł w kompletnej ciemności, przyciskając słuchawkę do ucha ramieniem.
– barcy? nigdy więcej się z tobą nie umówię – prychnął.
– zaryzykuję – stwierdził Luis.
– okej – rzucił tylko, wzruszając ramionami i jego telefon spadła na pościel.
podniósł ją z powrotem do ucha akurat, żeby usłyszeć jak Luis życzy mu dobrej nocy.

kiedy obudził się rano, Daniel macał jego przedramię, przyglądając się napisom z bardzo podejrzaną miną. nie widział ani jednego czytelnego słowa, ale wspomnienia wróciły do niego w ciągu sekund i wydał z siebie jeden z tych dźwięków, które zawsze wieszczyły katastrofę. Perez nawet przysiadł na podłodze, ewidentnie wystraszony tak nagłą reakcją.
– Martinez? co ty masz na ręce? – spytał jego przyjaciel.
– powiedziałem Luisowi, że ma świetny tyłek - rzucił.
Daniel przewrócił oczami.
– wczoraj – przypomniał mu Perez.
– nie, dzisiaj w nocy – poinformował Daniela. – kiedy do mnie oddzwonił, bo miał wcześniej wyłączony telefon, bo leciał do Madrytu. ale nie na rewanżowe spotkanie, tylko na wykłady – ciągnął dalej, kiedy coraz więcej szczegółów przedostawało się spod jego podświadomości.
oczy Daniela robiły się powoli coraz większe, a potem jego przyjaciel zakrył twarz dłońmi i zaczął się śmiać, więc pewnie powinien stracić ten tytuł. Fran zmieniał zdanie. Perez był dupkiem.
– i mamy w piątek randkę – dodał tylko po to, żeby uciszyć ten śmiech.
Daniel zadławił się własną śliną, co sprawiło mu tylko nikłą satysfakcję.