Mateo wstał rano i dopiero w łazienkowym lustrze zauważył ślady po pisaku na ramieniu. co gorsza tym razem nie spłynęło na niego żadne żenujące wspomnienie. nie był pewien czy tak do końca jest z tego zadowolony. miał całkiem słuszne podejrzenia, że odbył kolejną z dziwnych rozmów, o których chciałby zapomnieć. teraz jednak, kiedy w jego głowie ziała pustka, miał wrażenie, że jego spacer z powrotem z łazienki do łóżka był pełen wstydu i niepewności. i naprawdę nie chciał przeprowadzać tej rozmowy.
– Mateo? co zrobiłeś? – spytał Daniel na widok jego miny.
– nie wiesz może czy rozmawiałem w nocy z Luisem? pewnie nie zdarzyło się, że słyszałbyś cokolwiek? – zaczął nie kryjąc nawet nadziei.
Hernandez spojrzał na niego z szeroko otwartymi oczami, a potem zerknął na jego pomalowaną rękę.
– może zacząłeś pisać po sobie z przyzwyczajenia – rzucił Daniel niepewnie.
i pewnie próbował go pocieszać. Mateo jednak z westchnieniem sięgnął po telefon, trochę zaskoczony, kiedy zdał sobie sprawę, że Luis do niego dzwonił. mało tego – najwyraźniej połączenie wyszło od niego.
– cholera – jęknął.
– chyba nie oświadczyłeś się znowu Mechi? – spytał Daniel – wiesz, że tego nie lubi. szczególnie odkąd znasz swój status.
jego telefon zawibrował w dłoniach, zanim zdążył cokolwiek wyjaśnić. i odebrał, ponieważ i tak nie miał innego wyjścia.
– cześć tatku, co tam u ciebie? – spytał pozornie radosnym tonem, na który i tak by się nikt nie nabrał.
– dlaczego nie powiedziałeś mi, że umawiasz się z Luisem Suárez?! – zagrzmiał jego ojciec.
Daniel instynktownie wyprostował się na swoim łóżku.
– bo jest z Barcy – jęknął Joey.
i to nie było żadne wytłumaczenie, i jednocześnie jedyne, na które było go stać.
nie zajęło mu długo zrozumienie, że w chwili, w której jego ojciec spotka Luisa, jego świat się skończy. nie wiedział jakie będą rozmiary tej katastrofy, ale podejrzewał, że jego ojciec może chcieć adoptować Suáreza, a to doprowadziłoby do tego, że nie mogliby ze sobą sypiać. nawet jeśli tylko na papierze byliby braćmi i nie łączyłoby ich wspólne DNA. poza tym Luis Martinez brzmiało idiotycznie.
– twój ojciec nie adoptuje Luisa – westchnął Daniel.
– nie możesz być tego pewien – odparł, ponieważ w jego umyśle to miało sens. – na pewno jednak będzie go lubił bardziej ode mnie – dodał.
Daniel tym razem nie zaprzeczył, tracąc tym samym wszystkie przywileje związane z ich przyjaźnią, jak tytuł na facebooku i ‘jedynka’ w podręcznym wybieraniu na komórce. Mateo zamierzał załatwić to jeszcze dzisiaj. musiał jednak zaplanować kolejne działania, wyprzedzając fakty. należało się zabezpieczyć na każdą ewentualność i upewnić się, że adopcja dorosłych nie była legalna w ich kraju.
to byłoby okropne, gdyby nagle stali się braćmi. w rodzinie Martinez zamiast cudownej demokracji, która zapewniała im ciągłą wojnę, zapanowałaby Barca. nie mógł do tego dopuścić.
– zacznę kibicować Atletico, jeśli cię to uspokoi – rzucił Daniel, awansując z powrotem na jego brata.
– kocham cię – powiedział całkiem szczerze, a potem zerknął na swoje porysowane ramię.
podobno twierdził, że Luis kazał zapisywać mu wszystko pisakiem, żeby nie zapomniał. a jego ojciec próbował go powstrzymać, ale przestał, kiedy usłyszał o jakiego Luisa chodziło.
– wiesz jak zmazać to ze skóry bez naruszania naskórka? – spytał Hernandeza. – mam wrażenie, że jak jeszcze raz w tygodniu użyję pumeksu na mojej ręce to dokopię się do żył – rzucił.
Daniel westchnął przeciągle.
– musimy jutro uprawiać seks – powiedział całkiem wyraźnie do słuchawki.
– mnie też miło cię słyszeć, Mateo – odparł Luis, a potem zaczął się śmiać.
może faktycznie źle zaczął ich rozmowę, ale to chodziło mu po głowie przez cały dzień. i chociaż Daniel uważał go za wariata, nie miał pojęcia jak bardzo jego ojciec kochał Barcę.
– nie chcę, żebyś był moim adoptowanym bratem – jęknął.
i tym razem w słuchawce zapadła cisza.
– hm? – wyrwało się Luisowi.
– mój ojciec wie o tobie. nie mam pojęcia dlaczego dzwonicie do mnie wtedy, kiedy śpię. Daniel wytarł mi w ramieniu pięciocentymetrową dziurę i nawet nie mogłem przeczytać co tam nabazgrałem – poskarżył się.
– chcę coś słodkiego – rzucił Luis.
– co? – zdziwił się. – o co ci chodzi?
– myślałem, że znowu robimy to coś w stylu zaczynania w połowie – wyjaśnił Suárez.
– huh – wyrwało mu się. – jak przyniosę ci czekoladki, to oznacza seks?
– dlaczego miałbym nagle zostać twoim adoptowanym bratem? – spytał w zamian Luis.
– właśnie nie możesz do tego dopuścić. sprawdziłem i w Hiszpanii nie wolno adoptować dorosłych, jeśli się nie zgadzają. odmawiam seksu, jeśli będziesz nosił nazwisko Martinez – poinformował go Joey.
– nie pozwolę się adoptować twojemu ojcu. a jak chciałby zmienić moje imię? – prychnął Luis. – po moim trupie będę nosił to dziwne coś, co mój słownik cały czas poprawia. chryste, twój ojciec zmieniłby mi imię? – spytał Luis i tym razem brzmiał na przerażonego.
Mateo nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.
– moment, a nie byłby zadowolony, gdybym oddał mu An María? – zastanowił się Luis.
– dobrze kombinujesz, młody Padawanie – rzucił Mateo. – na pewno jest wiele żenujących imion z Europy Wschodniej, które są skrytym marzeniem mojego ojca.
Luis zaśmiał się cicho.
– jak trzyma się Daniel? – spytał mężczyzna.
– chichocze jak mała dziewczynka od kilku minut – przyznał szczerze, spoglądając na przyjaciela, który wydawał się teraz czerwienić jak nastolatka.
chociaż nie. Mateo znał ogromną ilość omeg i dziewcząt, które nie chichotałyby na dźwięk głosu Luisa. Daniel nie mieściłby się w skali.
– jest nabór do grupy dopingującej zawodników w przerwach – poinformował go Suárez.
– Daniel nie jest już waszym fanem. Przechodzi na stronę Atletico – odparł z pewną dozą dumy w głosie.
– wcale, że nie! – krzyknął Hernandez, próbując mu nagle wyrwać słuchawkę. – jeśli nie dasz się adoptować, zostaję z wami! – dodał jeszcze głośniej, więc zapewne całe ich piętro już wiedziało.
śmiech Luisa rozbrzmiał w telefonie i mógł sobie wyobrazić jego królicze zęby wychodzące na światło dzienne. może miał głupkowaty wyraz twarzy, bo Hernandez przewrócił oczami, jakby sam nie zrobił z siebie idioty jeszcze kilka minut wcześniej. a Mateo musiał tygodniami znosić Daniela próbującego za pomocą wierszy wyrazić swoje oczarowanie osobą Filipe. istniała ograniczona ilość rymów, które mogła przeżyć ich przyjaźń. otarli się prawie o interwencję.
pomógł na szczęście sam Filipe, który spytał Daniela wprost pewnego dnia dlaczego go tak nienawidzi i podsyła mu same groźby.
– widzimy się jutro? – upewnił się Luis.
– tak. wezmę czekoladki – odparł.
Luis prychnął, ale nie protestował.
Daniel spojrzał na niego, unosząc brew w górę, jakby chciał powiedzieć, że nie tak powinien zakończyć tę rozmowę.
– no co? Barca ma jakieś zawołanie? – spytał i skrzywił się. – nie chcę nawet wiedzieć. do boju Atletico! – krzyknął i oberwał poduszką prosto w głowę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz