Daniel nie potrafił wybaczyć mu ogromnego guza na środku czoła Luisa. i to naprawdę nie była jego wina. bolało go wręcz, że posiadał dokładnie takiego samego siniaka, a facet, którego uważał za swojego brata, bardziej martwił się o fizyczną kondycję Katalończyka. i jeśli Luis jeszcze kiedykolwiek spyta skąd brała się niechęć do tej drużyny, zamierzał dodać, że rozbijała perfekcyjne rodziny takie jak jego własna.
– to był wypadek – jęknął, ponieważ Hernandez patrzył na niego ze zgrozą. – chyba nie sądzisz, że walnąłem go kijem baseballowym, żeby go wykluczyć z gry w tym sezonie.
wzrok Hernandeza stwardniał. i może nie powinien był wspominać o kijach, skoro Mateo miał całą kolekcją w domu i nawet pożyczył jeden tacie Daniela, aby czuł się bezpiecznie mieszkając sam. mógł do tego dołączyć również krótki instruktaż, dodając w co najlepiej celować. i w jego głowie pojawiła się nagle wizja jego samego, próbującego trafić kijem w głowę Luisa.
– to naprawdę był wypadek – powiedział uparcie.
– jasne – prychnął Dan.
– nasikałem na wasz stadion – dodał jeszcze.
oczy Hernandeza zrobiły się wielkie jak spodki, a potem rzucił w niego swoją przepoconą koszulką, co było po prostu mocno niehigieniczne. konwencja Genewska chyba zabraniała użycia broni biologicznej w walce, ale Daniel nie interesowały prawa człowieka ani tym bardziej międzynarodowe regulacje.
– nie zrobiłbyś tego! – krzyknął Dan.
– zrobiłbym – odparł i przewrócił oczami. – ale Luis mi nie pozwolił – przyznał.
Hernandez wyglądał, jakby mu ulżyło.
Luis czekał na niego przed wyjściem z uczelni. znowu miał zaciągniętą na twarz czapeczkę z daszkiem, która zapewne miała gwarantować mu nierozpoznawalność. przynajmniej w dłoniach nie trzymał kwiatów. każdy kto zajrzał do ich pokoju przez ostatnie cztery dni, pytał od kogo je dostali. i Mateo kończyła się już amunicja słowna.
Daniel nazywał go laską, dopóki nie zostało mu przypomniane, że w pewnym sensie nią jest.
– nie masz dla mnie tym razem kwiatów? – spytał i tylko w połowie był to żart.
pierwszy raz dostał coś podobnego. i kwiaty były po prostu miłe. nawet jeśli Daniel z niego kpił, a Filipe miał niemal przyklejony do twarzy uśmieszek.
kwiaty oznaczały, że Luis był dżentelmenem.
mężczyzna otworzył usta, a potem je zamknął i zrobił jakąś dziwną minę, której Joey nie potrafił rozgryźć. i jeszcze kilka dni temu przysięgałby, że Luis ma tylko kilka wyrazów twarzy, a główną ekspresyjną robotę wykonywały brwi. one jednak podejrzanie pozostały nieruchome, więc może o tej porze dnia po prostu spały.
– o Boże, masz dla mnie kwiaty, prawda? – spytał, odgadując w lot skąd ta przedłużająca się cisza.
– Paola stwierdziła, że skoro pierwsze ci się spodobały… – westchnął Luis. – schowałem je do bagażnika, ale jeśli je chcesz… – urwał sugestywnie.
– wiesz, mógłbyś w końcu sam jakieś kupić – rzucił, nie mogąc się powstrzymać.
Luis uśmiechnął się do niego szeroko i trochę wrednie.
– a co? masz wrażenie, jakbyś umawiał się z moją siostrą? – zakpił Suárez.
– a pozwoliłaby mi nasikać na wasz stadion? – zainteresował się.
– przywiązałaby cię do masztu i wymalowała na twoim nagim ciele mój numer w kolorach drużyny – odparł Luis bez chwili wahania.
Mateo wydął usta.
– to sporo agresji jak na kogoś, kto cały czas kupuje dla mnie kwiaty – stwierdził. – ale już ją lubię. podsunę to chłopakom z Atletico. gracie u nas teraz. już widzę ten szpaler kibiców Barcy wokół naszego stadionu. to będzie piękny widok – rozmarzył się.
– naprawdę nie mam pojęcia czy teraz żartujesz – odparł Luis, patrząc na niego z lekkim przerażeniem.
ich druga randka przebiegła bez incydentów. w zasadzie trzymali swoje długie kończyny przy sobie, ponieważ Luis utrzymywał, że wywrócili się poprzednio przez Mateo, a nie jego krzywe nogi. nie wierzył mu ani przez sekundę, ale ponieważ Daniel groził mu uszkodzeniami ciała, starał się jak mógł uruchomić swoją delikatną stronę, co wcale nie było łatwe, kiedy na drodze do jego szczęścia stał drążek zmiany biegów w Camaro.
– kto wymyślił całowanie w samochodzie? – spytał, odrywając się od Luisa tylko na krótką chwilę.
– ty – odparł Suárez.
– dlaczego mnie posłuchałeś? – jęknął niemal od razu. – mam fatalne pomysły.
– chciałeś się całować. to był doskonały pomysł – odparł Luis. – nie doceniasz się.
– może potrzebujesz większego samochodu – stwierdził Mateo.
– albo moglibyśmy jak normalni ludzie dokończyć spacer w parku i nie przekradać się do mojego samochodu, żeby dojść do drugiej bazy – rzucił Luis.
– masz jeszcze gorsze pomysły ode mnie – prychnął Joey. – poza tym myślałem, że... a czekaj… mówisz o dochodzeniu jako o dochodzeniu czy dochodzeniu, bo nie zauważyłem, żebyś…. – zaczął, ale Luis wsunął mu język do ust.
tak nie zakneblował go jeszcze nikt, ale może dlatego okazało się to tak skuteczne. gdyby jeszcze pieprzony drążek nie próbował przebić jego żeber, byłby w raju. może faktycznie powinni byli zostać przy spacerze. trzymali się za ręce. to też było miłe. Mateo jednak jakoś od ‘miłe’ przeszedł w tryb ‘chcę cię teraz we mnie’ i nie powinien mu się nikt dziwić. Luis faktycznie miał dla niego kwiaty. zabrał go na spacer do parku, a potem trzymali się za ręce. jeśli to miało tak wyglądać, Mateo nie zamierzał nawet protestować, gdyby ktoś nazwał go dziewczyną. mógłby nawet założyć kieckę, jeśli Suárez kręciło takie coś. może następnym razem czekały na niego czekoladki.
Luis cmoknął go delikatnie w usta, kończąc o wiele bardziej żarliwy pocałunek. i Mateo nie pamiętał w zasadzie o czym rozmawiali wcześniej.
– mógłbyś zacząć jeździć automatem – rzucił, ponieważ wtedy kwestia drążka zostałaby rozwiązana.
Luis prychnął, wyrażając swoje zdanie kompletnie i doskonale. Mateo nie miał nawet pojęcia jakim cudem wczytywał się w te wszystkie gesty, ale wydawały się tak oczywiste, kiedy poznał mężczyznę bliżej. i ten cholerny śmiech, który zawsze przychodził, niemal łamał mu serce za każdym razem.
– wiesz, co moglibyśmy zrobić, gdyby ten drążek nas nie rozdzielał? – spytał Mateo retorycznie.
Suárez przełknął ciężej, zerkając na jego usta i klatkę piersiową. najwyraźniej miał swoje wyobrażenia i Mateo z chęcią spotkałby się z nimi, gdyby aktualnie nie próbowano połamać mu żeber. postanowił być jednak bohaterem i znosić to w milczeniu. względnym. i z tym nic wspólnego nie miał fakt, że Daniel był na punkcie Barcy zwariowany tak bardzo jak on czcił Atletico. a mieszkali razem, więc musieli dojść do pewnego kompromisu, który zakładał nie uszkadzanie gwiazdy drużyny, nawet jeśli zamierzał wyczyniać z nim zbereźne rzeczy, o których Hernandez nie chciał słuchać.
– może faktycznie automatyczna skrzynia biegów nie jest najgorszym wyjściem – stwierdził Luis, kiedy jego argumenty dotarły do niego w końcu.
– ale jak będziesz zmieniał samochód, vany są ostatnio w modzie – podpowiedział Mateo, ponieważ im więcej miejsca tym lepiej.
Luis przewrócił oczami.
– zdajesz sobie sprawę, że mam w domu całkiem przyjemne łóżko, no nie? – spytał Suárez.
– gdzie twoja żądza przygody? – zakpił Mateo, chociaż tekst o łóżku naprawdę do niego przemawiał.
gdyby jeszcze było dostępne pod ręką, kiedy wracali z tego cholernego spaceru.
– gdybym chciał przygód, powiedziałbym Paoli, że chciałeś nasikać na nasz stadion – odparł Luis.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz